#28 – Coś od siebie, dla kogoś, po nic

To taka moja, bardzo szeroko pojęta, definicja wolontariatu.

Długo o tym myślałam. Żyjemy w systemie naczyń połączonych, tu sie coś uleje, gdzie indziej sie napełni. Podarowanie swojego czasu, swoich kompetencji lub talentów, dla społeczeństwa, w zamian za NIC chyba logicznie nie jest możliwe, mimo wszystko COŚ na tym zyskujemy. 

Dosłownie naprzeciwko mojego domu mieści sie przytułek. Jest on zgagą moich sąsiadów – taka piękna, elegancka i burżuazyjna dzielnica a włóczą się nam pod oknami ćpuni i pijaki i przez to obniża sie wartość nieruchomosci. Francuska subtelność. Mnie też przeszkadzają, dzwonek wejściowy mógłby martwego obudzić, a żyrofary karetki pogotowia robią nam pod oknami dyskotekę. Ale tak naprawdę, to przyzwyczaiłam sie i do pensjonariuszy (którzy faktycznie maja ciężkie problemy ze zdrowiem,  z psychiką i z życiem w ogóle) i do pijaków spod kościoła, nawet jesli sa to, przykro powiedzieć, Polacy.

Myślałam nad sensem odruchów pomocy – raz do roku miejscowa Orkiestra Świątecznej Pomocy, dar pieniężny, ktory mozna odciągnąć od podatku, wyjazd do Afryki w celu kopania studni… I wyszło mi, że pomagać sąsiadom – czy po prostu osobom, z którymi sie mieszka blisko i dzieli dom, ulicę, czy dzielnicę jest najtrudniej. Jak w opowiadaniu Etgara Kereta – obcemu nie odmówimy, bo nie wypada, a bliskiej osobie pozwalamy sobie wygarniam prawdę prosto z mostu. Albo w tym dosłownym sensie bliskości – zaczniemy pomagać sąsiadce z piętra, i juz się od niej nie odgonimy, zostaniemy wciągnięci w jej intymność. A ludzie (w miastach) tego chyba boja sie najbardziej, bardiej niż samotności – prawdziwej intymności.

Kilka tygodni temu zebrałam sie na odwagę i wysłalam mejla do stowarzyszenia, ktore zajmuje się sąsiednim przytułkiem. Ofiarowałam moich kilka nieregularnych wolnych godzin w tygodniu. Zostałam zaproszona na rozmowę – i przyznam, to najbardziej mnie zaskoczyło – dlatego, ze mowię po polsku !

Po tylu latach mieszkania we Francji w końcu moje pochodzenie i moj język ojczysty do czegos sie przydaje. Stowarzyszenie gości regularnie Polaków i potrzebuje tłumacza 🙂

Jakie były moje motywacje? Miedzy innymi właśnie to, zeby moje lokalne działanie miało lokalny efekt. Mam juz dość marketingowych sloganów, ze moj centym podarowany we Francji uczyni cuda na Filipinach. Mam ochotę robić cos użytecznego i nie czekać a efekty.

Jest rownież druga warstwa : ci alkoholicy i narkomani – po pierwsze, zamiast sie ich bać, albo przechodzić na druga stronę ulicy, chce sie do nich przyswoić, bo boimy się tylko nieznanego, cos co jest nam znane pozbawione jest fantazjmow. Po drugie – cos, czego nauczylanie moja Babcia.

Moja Babcia mieszkała w starej łódzkiej kamienicy, nie remontowanej od przedwojnia, zamienionej na mieszkania kwaterunkowe dla wychodzących z więzienia i tego typu elementów. Ona sie w tej kamienicy urodziła, urodziła sie tam jej siostra, brat, moja mama i mało brakowało, zebym ja tez nie przyszła na świat w tym pokoju na Gorniaku. W bramie zawsze stało szemrane towarzystwo, śmierdziało moczem i rzygami, niejeden przechodzień stracił tam zegarek albo zyskał guza. Moja Babcia, osoba niepaląca, zawsze nosiła w torebce zapałki, zawsze grzecznie odpowiadała na „dzien dobry” oraz uprzejmie odpowiadała uśmiechem na zaczepki. Powtarzała mi, ze te hultaje maja cos w rodzaju kodeksu honoru – swoich nie tykają.

Jestesmy sąsiadami, nawet, jesli ja śpię w cieplym i przytulnym domu a oni otuleni wyziewami alkoholu na stopniach kościoła lub w zapyziałych pokojach przytułku. I to do mnie należy pierwszy krok, by u tych hultajów obudzic kodeks honorowy 🙂

Dzisiaj oficjalnie zostałam przedstawiona polskiej rodzinie mieszkającej w przytułku jako tłumaczka.

Jestem dobrej myśli, ze wyjdzie z tego coś dobrego.

11 myśli nt. „#28 – Coś od siebie, dla kogoś, po nic

  1. brigitta

    Podziwiam Cię Aga, wszystko co robisz jest szlachetne i dobre. 🙂

    I to, że Ci się chce, że Ci zależy,z jednej strony to imponujące, a z drugiej przerażające, bo zmusza do refleksji nad sobą i własnym życiem.

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      Ejże Brydzia, dziękuję za komplement, ale obiecaj mi, że weźmiesz się w garść. Przecież wiesz, jak jest, że życie nie jest pudełkiem landrynek. Ale jak sie nie patrzy na jasną stronę, to się patrzy na ciemną. Ściskam Cię mocno.

      Odpowiedz
      1. brigitta

        Dopóki z Gosią się nie wyjaśni to wiesz, nie mogę spokojnie sobie usiąść i patrzeć jak trawa rośnie i to nie jest tak,że chcę żyć za nią albo nie potrafią odciąć pępowiny, po prostu tak jest i pewne rzeczy są najważniejsze 🙂

        Jessu, kiedy Ty stałaś się taka mądra i uduchowiona? Nie wiem czy tak bardzo się zmieniłaś czy dopiero teraz pokazujesz swoje kolejne oblicze? W pewien sposób nie poznaje Cię, ale z drugiej strony nie mogłabym spodziewać się czegoś innego 🙂

        Odpowiedz
  2. Kasz

    Podpisuję się pod komentarzem Magdy, podziwiam Cię! I życzę powodzenia, bo jednak z moich doświadczeń wynika, że czasami roszczeniowość takich osób jest przerażająca i nie ma dna. Pamiętaj, żeby nie żyć za nikogo, bo czasami my chcemy dobrze, a oni (którzykolwiek oni) po prostu to wykorzystują…
    Piszę tak gorzko, bo mam w rodzinie taki problem – mój kuzyn, syn nieżyjącego brata mojego ojca. Matka wyrzuciła go z domu (już dorosłego), więc „wsiadł” na mojego tatę, który naprawdę bardzo chciał mu pomóc. Do tego stopnia, że zaczął dosłownie za niego żyć, za dorosłego, zdrowego faceta, który do niedawna miał nawet pracę. I co? I teraz, przy najmniejszej próbie osłabienia tej pępowiny, tamten wręcz się rzuca, ale jak to, jesteś bratem mojego ojca i mi nie pomożesz? Roszczeniowość do kwadratu, aż przykro patrzeć.
    Oczywiście w Twoim przypadku nie musi tak być i pewnie nie będzie. Tak tylko napisałam swój punkt widzenia.

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      Ej, jeszcze nic nie zrobiłam, nie ma za co podziwiać 🙂 ale dziekuje za miłe słowa.
      Póki co po prostu zgłosiłam swoją gotowość, przeszłam rozmowę i czekam na pierwsza interwencję.
      No właśnie. Poruszyłaś ciekawy aspekt, jak głęboko można się „wmieszać” w cudze życie.
      Przez większość dzieciństwa, nastolactwa inwczesnej dorosłości walczyłam z problemem alkoholowym (biernym:-)).
      Uciekłam do pięknej lyońskiej dzielnicy, ale ten problem znow mnie biernie dotyka – pensjonariusze przytułku sa w większości alkoholikami.
      Czasem awanturują sie I tak, jak piszesz, sa roszczeniowi i ośrodek „musi im pomoc”. W takich wypadkach dzwoni sie po tłumacza i rozwiazanie sprawy kosztuje zazwyczaj 60€.

      Nie chce odbierać pracy tłumaczom, oczywiście. Ale jesli moge w ten sposób być użyteczna, to bardzo sie cieszę, bo ten ośrodek nie szasta kasą.
      A juz na pewno nie chcę kogoś wyciągać z alkoholizmu, bo z doswiadczenia wiem, że to nie można tego dokonać z zewnątrz.

      I oczywiście rozumiem sytuacje Twojego Taty. Przypomina mi sie historia o wędce i rybie, lepiej jednak głodnemu dać wędkę niż rybę, prawda? A czy kuzynowi ktoś wytłumaczył, że sam sobie robi krzywdę przyjmując taką roszczeniową pozycję wobec życia?

      Odpowiedz
  3. 5000lib

    Wolontariat jest potrzebny obu stronom. 🙂 Nic odkrywczego nie napisałam. Wolontariat ma różny charakter, ważne by nie zapominać o podmiotowości tych, którym pomagamy i nie wykazywać się paternalizmem. Pozdrawiam,

    Odpowiedz
  4. babajoga Autor wpisu

    Moze kiedys napisze wiecej o tych tlumaczeniach. Bo ten swiat, z naprzeciwka, jest dla mnie swiatem paralelnym.
    Na przyklad „podejrzewalam”, „czytalam o” i „myslalam, ze” sa ludzie, ktorzy jezdza po miescie i rozmawiaja z bezdomnymi, a tu nagle ci ludzie zaczynaja do mnie dzwonic i proponowac kolejne seanse tlumaczenia. Jestem pelna admiracji dla tego co robia i jak to robia. Sprawiaja, ze nie tylko ci bezdomni odnajduja szacunek dla siebie samych, ale nawet i ja zaczynam ich szanowac, w pewien sposob.

    Na przyklad, spotkalismy sie na pewnym placu, niedaleko mostu pod ktorym mieszka jeden Polak. Ten czlowiek jezdzi na wozku od kilku miesiecy. Jest wstawiony, ale w taki sposob, hm, na wesolka. Jest kuruazyjny, w dosc dobrym humorze, zartuje. Idziemy do malej herbaciarni. Trojka ludzi domnych i jeden bezdomny. Pani kelnerka unosi brwi,ale zamawiamy, jestesmy klientami, wiec nie moze nas wyprosic. Gdybyscie widzieli oczy tego czlowieka – zdziwienie, zaskoczenie, ze traktujemy go, wszyscy, jak rownego kompana do rozmowy a nie jak zebraka. ze jest dopuszczony w pewien sposob, do „normalnego” swiata ludzi siedzacych w herbaciarniach i pijacych herbate. Pytamy, czy chce sie czegos napic, odmawia. Nie przyszedl tutaj prosic o pieniadze lub wydawac cudzych. Pytamy (to znaczy pracownicy samu social pytaja, ja tylko tlumacze), czy chcialby o cos ich poprosic. Tak. O naprawiony wozek. O wlasny kat, zeby nie mieszkac pod mostem. Dowiaduje sie sporo o warunkach otrzymania „wlasnego kata” (wcale nie tak prosto, jakby sie wydawalo), o tym, jak zyja ,tam pod tym mostem, co robia podczas dnia (zebranie na jedzenie i alkohol, zeby wieczorem zasnac. Mieszkaja we dwoch, sa „czysci” – za wyzebrane pieniadze piara sobie rowniez ubrania w pralniach automatycznych, nie wiem jak i gdzie sie myja… „Mieszkanie” we dwoch ma dobre strony: jeden moze spac, podczas gdy drugi pilnuje dobytku).
    Opowiedzial jak sie znalazl na ulicy. Co mowi Rodzicom, kiedy dzwoni do Polski, o swoim zyciu we Francji. Padlo pytanie, czy zakup samochodu (musialby wyzebrac i odlozyc kilkanascie setek euro)i i spanie na poczatku w samochodzie byloby dla niego jakims prowizorycznym rozwiazaniem…

    Albo kiedy pojechalismy do lekarza z innym starszym panem, alkoholikiem, ktory probuje przerwac pic, ale nie moze (jest w fazie, kiedy odwyk jest mozliwy jedynie pod okiem lekarza, bo istnieje ryzyko epilepsji itp). Pan Pielegniarz zaparkowal samochod na placu dla niepelnosprawnych (pan L. tez jezdzi na wozku) . Samochod stowarzyszenia nie ma vigniety zarezerwowanej dla osob niepelnosprawnych. Wychodzimy po pol godzinie, za szyba jest mandat. Pan Pielegniarz jest zdenerwowany, bedzie musial zaplacic 130 euro z wlasnej kieszeni, i zaprezentowac papier od lekarza, ktory nasz przyjal, zeby dostac zwrot…

    Naprawde, bardzo pouczajace choc i bulwersujace doswiadczenia; dochodzilam do siebie ladnych kilka dni.

    Odpowiedz
  5. Pingback: Emigracyjna Historia Alternatywna | chatka baby jogi

  6. la fourchettee

    Moc doświadczeń, również jestem pełna podziwu. Wydaje mi się, że osoby optymistycznie patrzące na świat, pomimo trudności życia – mogą najpełniej pomagać innym, choćby swoją obecnością. Wydajesz mi się taką właśnie osobą, pogodną i ciepłą – wręcz emanującą ciepłem. Pierwszy rzut oka na Twoje zdjęcie wywołało myśl „to musi być dobra osoba”.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz