O powodzeniu w życiu

Wczoraj były urodziny mojego Ojca.

Zadzwoniłam z życzeniami, miałam okazję zamienić kilka słów, zadzwonił telefon z pracy, musiałam skończyć rozmowę a później skończył się dzień.

(Czasem czuję się, jakbym była na jakiejś planecie z Interstellara, moje 2 godziny mogą śmiało trwać czyjeś 24h).

Tata podziękował za życzenia i powiedział mi, ze jest ze mnie dumny.

Że powiodło mi się w życiu.

Oczywiście, trzeba znać moją sytuację rodzinną, by w pełni zrozumieć znaczenie tych dwóch zdań, i jak silnie one mną wstrząsnęły.

Ale chciałabym wyizolować emocje i skupić się na meritum.

Po pierwsze, mam nadzieję, ze Parki nie szykują jeszcze swoich nożyc i że jeszcze trochę pożyję (bo wiecie, plan bycia 50-cio letnią joginką, kultywującą własne warzywka we własnym warzywniaku, przylegającego do domku z ogrodem jest moim planem długodystansowym i jego wizja niesamowicie mi się podoba). Mam nadzieję, że nie wsiadam za pół godziny do samolotu prowadzonego przez pilota z depresją. Zatem odrobinę się przestraszyłam słysząc, ze w wieku lat 37 powiodło mi się w życiu, bo chciałabym, by takie epitafium przeczytały kiedyś moje pra-wnuki.

Po drugie, widocznie fakt posiadania – czy pracę można posiadać? – nie, fakt wykonywania z pasją pracy, którą bardzo lubię, z kolegami, klientami i w ogóle socjosferą którą lubię i szanuję jest wskaźnikiem powodzenia w życiu.

Dobra pensja, kredyt na własny kwadrat, na kolejne 20 lat*, inwestycja w mieszkanie na wynajem, First World Problems w ogóle… To też jest  wskaźnikiem powodzenia.

W niedzielę były chrzciny mojej siostrzenicy, znów mnie tam z nimi nie było. Nie świętuję urodzin, imienin czy majówek z moimi bliskimi (nawet tu we Francji, moja córka jest ze mną jeden tydzień na dwa). Nie mam prawa do niezapowiedzianych wizyt ciotek, do niezapowiedzianych wizyt w ogóle, działa tu zasada o tym, ze trawa jest bardziej zielona za miedzą, wiem…

Skoro wszystko na świecie ma swoją cenę, ta nieobecność na rodzinnej fotografii jest zapewne ceną za „powodzenie w życiu”, o którym mówił mój Ojciec.

Nie myśl proszę, że się skarżę. Ilustruję tylko teorię relatywizmu.

I bardzo chciałabym, żeby nagle otworzyły się bezpośrednie, regularne loty z Lyonu do Łodzi.

Miłego dnia
* Kiedy tylko skończy się zamieszanie z remontem, zajmę się planem skrócenia tego 20-to letniego wyroku.

4 myśli nt. „O powodzeniu w życiu

  1. Tochybaomnie

    Wydaje mi się, że to zależy od punktu widzenia. Dla każdego sukces, czy powodzenie znaczy coś innego. Ja wiele razy słyszałam od rodziny o każdej z mojej pracy, że nie każdy może taką mieć (chodziło zapewne tylko o aspekt finansowy) i że powinnam sobie szanować. Nikogo nie interesowało natomiast, czy JA czuję się w niej spełniona i szczęśliwa. Bo dla kogoś innego byłaby spełnieniem marzeń. No ale to tylko jedna z rzeczy, która może świadczyć o jakimś tam sukcesie.

    A Ty czujesz, że Ci się ,,powiodło”?

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      No właśnie. Z tej strony materialnej, tak. Dzisiaj mogę powiedzieć, że udało mi się osiągnąć to co sobie zaplanowałam, potrafię sie z tego cieszyć, wiem, że to może się zmienić i to jest w porzadku. Także, jeżeli chodzi o komfort psychiczny związany z codziennością. Na pewno mogę śmiało powiedzieć, że żyję harmonii z piramidą Masłowa, i to nie tylko z pierwszym jej stopniem (bezpieczeństwo, dach nad głową, pożywienie, seks).
      Ale jesli chodzi o te moje „marzenia o domu”, o szeroko pojętej „rodzinie”, no, nie czuję się usatysfakcjonowana, jakbym żyła zycie alternatywne, wiesz?

      Kiedy spoglądam na sprawę holistycznie – równowaga z pewnością jest zachowana.

      Odpowiedz
      1. Tochybaomnie

        Podobno ,,nie można mieć wszystkiego”. A ja się pytam: ,,a czemu nie?” 😉
        Trzymam kciuki za Ciebie (za siebie też przy okazji 😉 ), żebyś mogła powiedzieć kiedyś ,,mam wszystko,czego zawsze pragnęłam!”

        Odpowiedz

Dodaj komentarz