Tygodnik

Niedziela.

Moje ciało mówi mi, że nie mam lat 29, całonocne picie szampana a na to wódki kończy się całodniowym jaszczurkowaniem z kanapy na łóżko, z łóżka na dywan, z dywanu na podłogę, niżej sie nie da.

Poniedziałek.

Paris Air Show. Pociag o 5h50. Rano. Otrzeźwiło mnie w Starbucksie, gdzie czekałam na szefa, kiedy na kubku z kawą pojawił się nowy skrót mojego imienia : Agn. W Le Bourget orzyznam że fajnie jest być gościem Airbusa:-) w ogóle było bardzo fajnie. Tylko hotel zarezerwowałam w Paryżu, przy kanale Saint Martin, bo mieliśmy iść na imprezę. A „impreza” była w Aeroville (centrum handlowym) koło CDG.

Wtorek.

Paryskie taksówki strajkują przeciw Uber-owi. Automat do biletów RER nie przyjmuje kart zagranicznych turystów, ktorych jest jak zwykle multum, słowem, podróż do Bourget trwa 2 godziny, przybywamy w samo południe. W samo południe (obiadek) to do żadnego chalet się nie wejdzie bez zaproszenia, choćbym znała połowę ekipy. Kolejka po kanapkę, 11€, na 70 minut. Nie, wcale nie mam okresu, ok?! A, byłabym zapomniała. Po powrocie do domu : Impreza na klatce schodowej. Nazywa sie to „święto sąsiadów”. Prawdziwe święto. Dzieci biegają po schodach, bawią sie winda, robią hałasu jak Mirage i nikt im nie zwraca uwagi. Wszyscy sa lekko ubzdryngoleni. Kładę sie spac o północy.

Środa.

Jestem zmęczona. Po południu mam dość i zabieram dzieci do kina. Na „inside out” – świetny film od Pixara. (Bardzo, Bardzo Polecam !).

Do i z kina idziemy przez piękny park Tete d’Or skąpany w słońcu. Irka trzyma mnie za rękę. Dla takich chwil warto żyć.

Szkoda, ze musiałam iść „na piwko” z pracownikami Bena. Poważnie, zastanawiam się nad moim stosunkiem z alkoholem, przecież pije codziennie od soboty. Wracam do domu. Ben wraca grubo później, w stanie wskazującym. Kłócimy sie, ja ide biegać a Ben testuje czy nasz przyszły pokój jest dobrym miejscem do spania. Sam.

Czwartek.

Zaraz, co bylo w czwartek? Praca. Dużo pracy. Ah, tak, i wynajęłam moja kawalerkę studentce na 9 miesięcy. Zjadłysmy na kolację placuszki z cukinii, obejrzałyśmy odcinek Glee. Ben wrócił z Paryża późnym wieczorem.

Piątek.

Zrywam Irenkę o świcie, idziemy na badania krwi. Pracuję. Robię zakupy. Idziemy do banku zeby negocjować nowe warunki kredytu na mieszkanie. Wychodzę ze skierowaniem na badania lekarskie, a nie propozycja nowego kontraktu. Do tego dzwoni do mnie Pani Doktor, ktora juz wyniki badania krwi Irenki otrzymała. Są nieładne. Kolejna seria badań krwi dla Irenki na lipiec. Boję się.

Strach ukrywam, zaopatrując się w farby do odnowienia łazienki, bo teść ma przyjść nam pomoc w przyszła środę przeprowadzić metamorfozę. A propos metamorfoz. Homebook, gdzie umieściłam zdjęcia z remontu kawalerki,wystawił ten projekt na fb. Było mi miło, dopóki nie natknęłam sie na komentarze : „ale kicha”. Tak łatwo jest napisać w komentarzu : boszesz ale kicha. No bo gdyby był tam konstruktywny komentarz, to chętnie bym go wzięła pod uwagę w następnej rundzie remontowej. Ale taka „kicha” to tylko sprawia przykrość.

Sobota.

To dopiero sie stanie. Ale ja wiem co sie stanie. Robię zdjecia na ślubie. Bo nie mogłam odmówić pani u której zaczynałam przygodę z fotografią kilka lat temu. Wrócę do domu o 23h. Zjem zapewne makaron, bo to specjalność szefa kuchni. Ale bede tak zmęczona, ze nie bede miała siły kłócić się o zielony akcent.

Niedziela.

Mam ochotę dzień święty święcić. Spać do 9h. Iść na mszę. Pomyśleć. Zrobić pyszny obiad. Pomyśleć. Poukładać rzeczy w pseudo szafie. Iść nad rzekę z psem i książką. Poćwiczyć na pianinie dwa utwory których się uczę. Zrobic Sun Salut. Pomysleć.

Pomyśleć…

5 myśli nt. „Tygodnik

  1. brigitta

    Nie znałam Cię z tej strony:). Tak ładnie napisałaś, że pomyślałam sobie: jeśli to byłaby książka i takie słowa byłyby na pierwszej stronie, to wzięłabym ją bez wahania 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz