#89 -Pocztówka z Portland

Wróciłam właśnie z tygodniowego wyjazdu służbowego. To była jedna z najważniejszych w moim biznesie imprez.

Praktycznie wyglada to tak: budzisz sie w środku nocy, albo budzi cię telefon ze Starego Kontynentu, od Dziecka, ktore walczy ze strajkiem komunikacji miejskiej,  albo od nauczyciela gitary Dziecka, albo …

Cudem dotrzymujesz do 7h, kiedy to otwiera sie hotelowa restauracja i pochłaniasz śniadanie, bo przeciez organizm mysli ze jest conajmniej 4 po południu a ty migasz się posiłków.

Jedziemy na targi. Tu robimy show i codziennie kończymy spotkania nie o  17h jak przekazują organizatorzy a o 18h30, bo akurat dobrze nam idzie.

Następnie szybka jazda do hotelu, szybki prysznic i kolacja służbowa (tudzież impreza). Koło 23h trza sie zebrać na afterparty, na którym byc trzeba, ale powiem szczerze – nikt mnie do tego nie zmusza, po prostu uwielbiam te część mojej pracy.

Jednego wieczoruna imprezie firmowej trafiłam na na koncert Pink Martini ! To jeden z moich ulubionych zespołów ! I czułam się, jakby grali tylko dla mnie:-) zadedykowali mi jeden utwór a po koncercie zaprosili mnie na zaplecze, gdzie wpisywałam Do telefonu wokalistki użyteczne słowa po polsku, bo w tym tygodniu dają concert w Warszawie 🙂

 Afterparty kończy sie koło 1h30, jest to dość skuteczny lek przeciw jetlagowi, bo nazajutrz budzimy sie juz o 7h.

I powtórka z rozrywki, i tak od poniedziałku do czwartku, prawie.

No, lubię tę moją pracę:-) Lubię moją ekipę 🙂 Lubię moją firmę.


Ale? Co mozna zobaczyc w takim rytmie?

Otóż firma jest naprawę fajna. Pozwolili mi przyjechać wcześniej, na weekend, zeby cos z tego Poryland zobaczyć.

Dotarlysmy zatem z Olgą w piątek wieczorem, do przytulnego hotelu w downtown. W sobotę poszłyśmy pobiegać, zjadlysmy oryginalne śniadanie w S.

  Powłóczylysmy sie po okolicy, zachwycając sie architektura z początków XX wieku (Portland został założony w tym samym czasie co Lodz:-)), zwiedzilysmy Sathurday Market, na którym mozna kupic mydło i powidło, a także karmniki dla ptaszków. Po południu buszowalysmy wsród książek w wielkiej księgarni a pozniej poszłyśmy do ogrodu różanego. pachnial tak intensywnie, ze wyczulysmy go zanim go zobaczysmy.


  
 A wieczorem szef, ktory właśnie doleciał, zabrał nas na kolację do dość szykownej restauracji.

W niedziele o 10h rano byliśmy przed bramą winnicy. Cóż, dla nas wciąż była 19h, czas na aperitif. Niestety, degustacja win przeszkodziła nam w dotarciu nad Pacyfik, ale i tak było fajnie 😉


  
Portland jest bardzo miłym miejscem, przynajmniej sprawia takie przyjazne wrazenie. Ludzie chodzą niespiesznie, od 1 października ganjia jest w wolnej sprzedaży, ceny są umiarkowane (ceny wszystkiego- tramwaj z lotniska do centrum kosztuje 2,5$), nie ma podatku od sprzedaży. Pogoda była bardzo przyjemna, ponoć ocean jest o półtorej godziny drogi z miasta. W centrum jest transport publiczny (tramwaj i autobusy) dość europejsko. Jest bardzo dużo bezdomnych, ale słyszałam, ze tak jest na całym Zachodnim Wybrzeżu, od San Diego po Seatle ( i żaden z nich, droga Magdo, nie mowil po polsku) więc, niestety, potraktowałam ich jako element lokalnego folkloru (jak niestety patrzy sie na niektórych mieszkańców New Delhi, Sao Paolo czy Dżakarty.

Na pewno warto zahaczyć o Portland, do czego was gorąco namawiam, jesli macie okazję.

***

Niby wrocilam „do rzeczywistości”, ale mam jakby wrazenie, ze wcale jej nie opuściłam. Podobnie jak moja Córka, żyję troszkę jak schizofreniczka. Chciałabym napisać ze przez tydzien „gram” moją rolę firmową, ale tak na prawdę przez tydzień żyję  – żyję chwilą, o moje podstawowe potrzeby dba hotel lub firma, o te bardziej zaawansowane dbam sama a moim głównym zmartwieniem jest dobro firmy.

Następnie wracam w weekend do domu. Znow żyję:-) Sprzątam (czego nie zdarzyła posprzątać pani, ktora mi pomaga), zarządzam personelem w postaci moich dziewczyn – wysyłam je po zakupy, pilnuję, aby odrobiły lekcje i sie umyły, gotuję a nawet organizuję jakies wspólne imprezy (jak przejażdżka konno po Mont d’Or lub wyjście na karuzele z przyjaciółmi dziewczyn. Przeciez nie gram -znow jestem sobą : mamą, i troszkę zmęczoną tygodniem pracy ale szczęśliwą  kobietą.


  
I wiecie co?

Kocham to moje Życie.

Z każdą jego górką i dolinką 🙂

3 myśli nt. „#89 -Pocztówka z Portland

  1. brigitta

    Cieszę się Agnieszko droga, ale pomyśl jak fajnie byłoby, gdyby któryś z bezdomnych mówił po Polsku? Poczułabyś oddech przeznaczenia na plecach czy odebrałabyś to jako sadystyczne poczucie humoru życia?

    A co tam u mnie? A nic, dziura mi się zrobiła w moich ulubionych butach do biegania i czytam świetną książkę. I żałuję, że tak rzadko piszesz.

    A powiedz jak tam pani do sprzątania? Chyba nie jesteś do końca zadowolona? Czego nie posprzątała?

    Miłego tygodnia, słońce świecie, jeszcze jesteśmy wolni u siebie. Jeszcze.

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      Zaprawde, powiadam Ci, poczulabym sie jak u siebie w domu, gdybym uslyszala siarczyste „kuhwa mac” na portlandzkiej ulicy.

      A jaka swietna ksiazke czytasz? Ja cztam mezczyzne od A do Z i bardzo polecam.

      Pisze, kiedy mam cos do powiedzenia, lub kiedy moge, wiesz jak to jest.

      Pani do sprzatania jest mila i na razie chyba jej sis podoba. Ale zeby bylo na cacy, przydalaby mi sie jej pomoc codziennie przez 4 godziny…

      Widzialas, co sie dzieje w Air France? My oprocz codziennych problemow z migrantami, podatkami, bezrobociem, kradziezami, ogolnym narodowym zniecheceniem i depresja, mamy dyktat zwiazkow zawodowych, po dwa strajki tygodniowo…
      Pada deszcz, bloto zadusilo delfiny w Marylandzie na Lazurowym Wybrzezu, pisklaki plci meskiej sa zywcem mielone na karme dla psow, na Marsie odkryto ciekla wode i booking.com proponuje juz zabukowac tam noclegi. Interstellar powoli staje sie rzeczywistoscia…

      Milego tygodnia, buziaki.

      Odpowiedz
  2. brigitta

    Nic nie czytam i nic nie wiem, muszę odpocząć od tego wszystkiego, bo zaraz sama sobie palnę w łeb. Wciąż jestem przerażona imigrantami i całą tą męską dziczą pchającą się do Europy, ale co zrobić? Co ja mogę sama zrobić, skoro granice otwarte na oścież i zapraszają ich ile wlezie? Tak naprawdę martwię się tylko o Gosię, to jedyna osoba za którą oddałabym życie 🙂

    Czytam „Dagny, życie i śmierć”. J.D. Landis i polecam z całego serca.

    A pijesz jeszcze?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz