#95 – Pocztowka z Islandii

Po wizycie u Magdy, Pawla i Natalki zadna Islandia, zadne koniki, zadne gejzery, wulkany czy zorze polarne nie mogly zablyszczec. I nie zablyszczaly.

Przylecialysmy, po 5 godzinach podrozy, na KEF, kolo 7 rano. Na lotnisku czekal na nas pan z firmy wynajmujacej samochody, tak obrazony, ze dlugo musial na nas czekac, ze oczywiscie nie pomogl mi w ogarnieciu bagazu (nawet walizki nie wlozyl do bagaznika).

Czekal na nas dlugo, bo przy przylotach z Ameryki obowiazuje powtorna kontrola bagazu (z restrykcja dotyczaca ilosci plynow) I ci ktorzy zakupili na lotnisku w Toronto syrop klonowy I odpieczetowali torebke musieli sie z nim rozstac.

Maly 4×4 Suzuki Jimny wygladal, zdaniem mojej corki, jak “voiture sans permis” czyli popularny we Francji, samochod bez prawa jazdy.

Pokoj zarezerwowany od 12h, zatem zdecydowalam sie pojechac najpierw do stolycy, odwiedzic informacje turystyczna i ATM, napic sie kawy…
To nie byl dobry pomysl. Trafilam na jakies korki, w samym Reykiaviku straszyli przed wejsciami do Hosteli ludzie z jetlagiem, ktorzy tez nie mieli gdzie isc na kawe a w IT pan zbyl mnie, w sposob dosc nieprzyjemny, najmniej precyzyjna mapa Poludniowej Islandii jaka chyba wydano w XXI wieku.

Ruszylysmy wiec do guesthouse, polozonego o 80 km od Reykiaviku.

Po drodze wstapilam na zakupy. Przezylam oblezenie marketu przez brytyjska mlodziez. Po kilkunastu minutach przezylam oblezenie przez pasazerow drugiego autokaru. Nie czekalam juz na trzecia fale. Bylysmy tak zmeczone, ze zasnelysmy, kolysane wiatrem I ulewa, przed sklepem Bonus.

Przyjechalysmy do Hestheimar, gesthouse I stadniny konikow islandzkich.

To moze od razu przejde do sedna naszego pobytu na tej wyspie. Otoz skorzystalam z oferty “stopover” linii lotniczych Icelandair, zeby zrobic dziecku przyjemnosc i zabrac ja na islandzkie koniki.

Rownie dobrze moglybysmy wrocic bezposrednio do Lyonu I pojechac do naszej stadniny, ale nie poznalybysmy tych uroczych zwierzakow.


  
Nieodmiennie kojarzyc mi sie beda z PetShopami, ulubionymi zabawkami irenkowego dziecinstwa. Maja duze glowy, olbrzymie oczy, mocne szyje I nogi, szeroki grzbiet, sa puchate i rozbrajajaco miekkie w dotyku, sa nisko zawieszone, zahartowane wichrami I deszczami I bardzo wytrzymale.

Sa idealnymi konikami do nauki jazdy konnej, chociaz zamiast tradycyjnych trzech konskich chodow (step, klus, galop) te jeszcze “toltuja” I “skeituja”. Mialysmy okazje poznac tolt, jest bardzo przyjemnym a zarazem smiesznym chodem:)

Przy stadninie funkcjonuje guesthouse, czysty, cieply I goscinny, z wygodymi lozkami… Lozko tak do nas przemowilo, ze obie obudzilysmy sie dopiero o 16h, czyli kiedy slonce chylilo sie ku zachodowi.

Okazalo sie, ze mam goraczke. Dawno nie bylam chora I troche sie zezloscilam, ze akurat teraz mnie dopadlo, a troche sie przestraszylam, bo nie dosc ze choruje w podrozy, to jeszcze Irenka sie przestraszyla. Nalykalam sie paracetamolu ale i tak stracilam w lozku jeszcze srode.

Irenka w tym czaasie jezdzila na konikach. A wieczorem zaczela nareszcie czytac swoja szkolna lekture.

W czwartek wybralysmy sie obie na dwugodzinna przejazdzke. Bylo chlodno. Niebo bylo niebieskie, trawa bladozolta, ziemia czarna, rzeka koloru nieokreslo, slonce swiecilo a oczy Irenki przypominaly blyszczace ze szczescia gwiazdy. I to byl dla mnie jeden z najpiekniejszych islandzkich widokow. Dla tych dwoch godzin radosci i „complicite” warto bylo wybrac sie chocby na koniec swiata, a swiat wydaje sie wielki i bezkresny z perspektywy grzbietu takiego konika…


  

Poczulam sie lepiej na tyle, ze po poludniu pojechalysmy zobaczyc slynny Geyzer. Droga szyko przestala byc asfaltowa I zamienila sie w zwirowa (pewnie zabladzilam). Mijalysmy jakies ksiezycowe krajobrazy, jakies rzeczki wijace sie po rozlewisku brunatnej ziemi, wokol krostki wulkanow.

Przyjechalysmy na miejsce znow krotko przed zachodem slonca.

Przy odrobinie wyobrazni mozna wymazac mentalnie innych ciekawskich I naprawde swietnie sie bawic, obserwujac gejzer wypluwajacy wode co 5-10 min…


  

Na wodospady Gulfoss bylysmy zbyt zmeczone i bylo za pozno.

Wieczoremznow obejrzalysmy film, po agielsku (Wild Child). Wiem, ze z kazdym obejrzanym filmem Irenka zrozumie wiecej slow i wyrazen, tylko tak trudno mi ja zmotywowac do czynienia jakichkolwiek wysilkow w tym kierunku…

W piatek rano lalo jak z cebra, a Irenka, ktora wybrala sie na trzygodzinna wycieczke, zmokla jak kura i sama poprosila – nieslychane – o wczesniejsze zakonczenie kursu.

Wracajac postanowilysmy zobaczyc slynna Niebieska Lagune. Jak dziecku wytlumaczyc, ze to komercyjna sciema? Najprosciej ja tam po prostu zabrac.


Przyjechalysmy o 16h, bez rezerwacji. Pomyslalam sobie, ze skoro mamy koniec Pazdziernika, wejscie kosztuje 50 euro, chetnych bedzie niewielu a my bedziemy mialy kapielisko dla siebie. Nic z tego. Zastalysmy wciagniete na liste oczekujacych. Autokary zjezdzaly sie, coraz czesciej, a nikt nie wychodzil. Zjadlysmy pozny obiad, przeczytalysmy rozdzial ksiazki, ucieszylysmy sie, ze nie zarezerwoawalysmy bo tez bysmy staly w kolejce a czulybysmy sie w obligacji do “odbebnienia” oplaconego programu… I pojechalysmy spedzic ostatnia noc na Islandii w hotelu obok lotniska*

*Tyle niby podrozuje, i zwracam uwage na szczegoly, tak ? Ale hotel zarezerwowalam przy lotnisku, zebysmy mogly wstac jak pozniej… w Reykiaviku, a nie przy lotnisku w KEF 🙂

Nie zaluje wycieczki – przejechalysmy przez Reykjanes Geopark, gdzie jak ujelysmy to po francusku, nous avons pris plein les yeux., czyli napelnilysmy oczy. Jest to jedno z tych cudownych, magicznych miejsc, kiedy znajdujesz sie na pustkowiu, jednoczesnie ciarki ze strachu przechodza I dreszczyk szczescia w obliczu Natury… Polecam ten skrawek Ziemi…


Okazalo sie, ze w naszym hotelu jest spa I za smieszna w porownaniu z Blekitna Laguna cene plawilysmy sie w cieplutkich basenach, saunie I hammamie. Podobalo mi sie to, ze moge dzielic te chwile relaksu z moja corka.



Na zakonczenie naszego pobytu w Islandii i na koniec naszych pieknych wakacji zjadlysmy w calkiem dobrej, hotelowej restauracji. Uczcilam to lampka kalifornijskiego Pinot Noir, pisalysmy kartki pocztowe (ktore pewnie I tak wyslemy z Francji)…

Wiecej, inaczej o moim krotkim pobycie na Islandii tutaj : #MyStopOver

3 myśli nt. „#95 – Pocztowka z Islandii

  1. Pingback: #96 – #MyStopOver – Islandia | chatka baby jogi

  2. Pingback: Czytam 7,8 | chatka baby jogi

Dodaj komentarz