#98 – Pszczółka Maja

Wyprasowałam sobie ubrania. Chciałam wbić się w jeansy. Ups.
Fakty (ostatnie 2 miesiące retrospektywnie)

– Byłam chora (antybiotyki) przez tydzień.
– Byłam na wakacjach przez dwa tygodnie (jedzenie nie zawsze fit, czasem alkohol, dużo spacerów, lekcja trapezu i przejażdżka konna jako dwie większe aktywności fizyczne)
– byłam w domu przez 2 tygodnie, ale poszłam biegać ze dwa razy…
– Portland : tańce, biegi, joga ale też jetlag, alkohol i zmęczenie…
… Ok, wystarczy.

Autodiagnoza :
– nieregularne, czasem niezdrowe posiłki
– za dużo alkoholu (za często)
– brak planu ćwiczeń, brak czasu, ochoty i siły na ćwiczenia. Po prostu przestałam ćwiczyć, to co!
– masa mięśniowa zmniejsza się w zastraszającym tempie a centymetrów przybywa…

Siedzę w samolocie i myślę sobie, jak się zorganizować, podczas dwutygodniowej podróży służbowej, by znów ćwiczyć regularnie.
W sobote udało mi się pójść z Benoit i Piotrkiem na „prawdziwą” siłownię (działa na zasadzie „klubu”, dla byłych mundurowych). Piotrek jest z tych, co „znają się na rzeczy”. Ułożył mi program, pokazał co mam ćwiczyć i czym zastąpić maszynę, gdyby w hotelowych siłowniach były tylko hantle.


Czyli – plan ćwiczeń jest.
Jadę do Stanów, więc poza drugim tygodniem, kiedy spędzę kilka dni w Kalifornii, nie mam co liczyć na zdrowe jedzenie.

Zostaje mi zastosować zasadę „przede wszystkim nie szkodzić” i zapisywać w telefonie co zjadłam. Zawsze pomaga 🙂
Czyli – założenie diety też juz jest.

To jeszcze motywacja…

Tę znalazłam pakując walizkę: mam już tę moją ukochaną minimalistyczną garderobę, tak?
Mam bluzki, sukienki, spodnie i spódnice, które lubię. Ubrania, które czasem znalazłam w second handzie, czasem w super promocji a czasem zrobiłam sobie prezencik i kupiłam coś w ulubionym IKKS na avenue de Saxe. Z którymi się zżyłam. O które dbam, piorę czasem ręcznie, czasem farbuję, oddaję do pralni chemicznej.
Zatem:
Dla dobra garderoby i mojego portfela – kobieto, ogarnij się, pokonaj Niechcemisia i do dzieła !

6 myśli nt. „#98 – Pszczółka Maja

  1. babajoga Autor wpisu

    Poniedzialek. Przylecielismy w niedziele wieczorem. Moja walizka (czytaj: cala moja ukochana garderoba) sie zagubila. Miala przyjechac do hotelu o 23h. W poniedzialek rano nie bylo jej juz w „rekordach” linii lotniczych. Prawie sie poplakalam. No dobrze. Sie poplakalam – moje ukochane ciuchy, wlasciwie to cala moja szafa, zniknely. Zostalam w sukience, ktora zazwyczaj nosze w podroz, plaszczu i kozakach. Mialam dwie godziny do spotkania z klientem. Stracilam czas i glowe. Czy myslicie ze tak latwo jest kupic sobie cos w 2 godziny, cos, w czym mamy sie czuc soba ? NIe udalo mi sie to cwiczenie. Wpadlam jak burza do H&M, kupilam kompletny capsule wardrobe, na caly tydzien, lacznie z bielizna kolczykami itp. Wydalam 200 dolarow. Wrocilam do hotelu… w ktorym czekala na mnie walizka.
    Po zebraniu z klientem poszlismy razem, z moimi szefami, do sklepu, zwrocic zakupy i dostac refundacje. Chyba sie udalo.
    Ale przez te akcje stracilam okazje na poranny trening…( pozniej wymeldowalismy sie z hotelu, zrobilismy pamiatkowe selfie przed bialym domem i pojechalismy na lotnisko.

    Dieta: sniadanie: wegetarianskie omlety szpinakowe z biala fasola i jajkami + zbyt slodka chai the. Przekaska: banan z ulicznego kiosku. Obiad: zupa dyniwa (pyszna), potezna porcja szpinaku i ten nieszczesny deser (bylismy w rosyjskiej restauracji i na deser byl zestaw przeroznych pysznosci: napoleonka, miodnik, nalesniki….). Obiad jedlismy pozno, kolacje mielismy miec w samolocie, ale dostalismy tylko paluszki a teraz siedze w hotelu i powoli zasypiam… Plusem byly te pyszne dzisiejsze dania i fakt, ze nie pilam alkoholu, nawet Cidru 🙂

    CDN

    Odpowiedz
  2. babajoga Autor wpisu

    Wtorek. Poszlam do hotelowej silowni i zrobilam przyzwoity, godzinny trening. Byly martwe ciagi, przysiady, wykroki, biki, tricki, barki i brzuszki.
    Niestety, sniadanie w Comfort Inn bylo fatalne (gofry z maslem orzechowym).
    Na obiad na szczescie byl przyzwoity (duzo warzyw, w tym straczki, humus, na deser trojkacik ciasteczka orietalnego.
    PO spotkaniu z klientami poszlismy do instytutu sztuki – bylo wspaniale.
    A na koniec dnia wybralismy sie do bardzo fajnej restauracji – Gage – gdzie zjadlam pyszna, przepieknie podana rybke z warzywami, w akompaniamencie Pinot Noir z Oregonu… Dzien zaliczam do „zbalansowanych” 🙂

    Odpowiedz
  3. babajoga Autor wpisu

    Środa zaczęła się tak przyjemnie.
    Najpierw trening w hotelowej siłowni (łapki), pózniej shuttle bus na lotnisko, gdzie znalazłam pyszne i zdrowe śniadanko. Następnie krótka, półtoragodzinną podróż małym E145, czułam się jak w biz jecie, do malutkiego miasta o wdzięcznej nazwie, Syracuse.
    Pozniej, w drodze, minęliśmy jeszcze miasteczka Homer, Itaque i tym podobne.
    Z obiadem było fatalnie, zatrzymalismy się in the Middle of Nowhere – wielkie samochody nigdy nie wróżą nic dobrego – jakiś fastfood z hamburgerami, zamówiłam gotowanego ziemniaka-giganta i frytki:-)
    W drodze powrotnej, na lotnisku okazało się, że nie możemy wrócić do Chicago, z powodu złych warunków atmosferycznych zostaliśmy wysłani do Północnej Karoliny, gdzie czekaliśmy przez 3 godziny, z niepokojem, na informacje czy w ogóle będą jakieś loty do miasta, gdzie zostawiliśmy walizki i skąd nazajutrz rano mieliśmy wylatywać do Kalifornii.
    Dużo nerwów, bo głupie spóźnienie może przerodzić się w totalną zmianę planów, a spotkania zaplanowane są od tygodni, nie jest łatwo sprowadzić tych wszystkich naszych interlokutorów w do jednego pomieszczenia w konkretnym czasie 🙂
    W rezultacie wróciliśmy do hotelu o 2 nad ranem, spakowaliśmy walizki i o 5h30 byliśmy już znów w drodze na lotnisko. Dzień był bardzo męczący, niezdrowy, ale… Pracowaliśmy, każde z nas, nad własną cierpliwością i to było pozytywne:-)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz