#99 – Pocztówka z Chicago

Rano poszłam do hotelowej siłowni i zrobiłam całkiem porządny, godzinny trening ogólnorozwojowy. 
Byłam bardzo głodna, trening jeszcze spotęgował uczucie głodu a tu się okazało, że śniadanie jest bardzo amerykansko-hotelowe : gofry z OGM, masło orzechowe, ktore orzechy ma głownie w nazwie, lura zwana kawą i Fox news.


Z hotelu (przy lotnisku O’Hare) zamówiliśmy Ubera i pojechaliśmy do Downtown na spotkanie z klientem. Półtorej godziny w korkach a my zapłaciliśmy zaledwie 30$. Aż się nam zrobiło głupio.

Amerykanie mają zupełnie inny niż Francuzi styl spotkań biznesowych. Spotkania mają plan, tematy i czas przeznaczony na ich omówienie. Na lunch zamawiają plateau-repas, czyli do sali wjeżdża katering, nie tracimy czasu na przemieszczenie się po restauracjach. Przy bufecie można porozmawiać z każdym, nie tylko z sąsiadem ze stolika. Zazwyczaj nasi klienci zamawiają dobry katering (na przykład mieliśmy dużo świeżych warzyw, pyszny hummus i rożne salsy, ryż, dla amatorów – mięsa; na deser malutkie porcje pysznych ciast -nie chciałam się opierać trójkącikowi orientalnemu, płynącemu miodem…).

Po spotkaniu mieliśmy wolne popołudnie i nie czuliśmy się zbyt zmęczeni, więc spontanicznie zaaranżowaliśmy maleńką wizytę.

Udało mi się namówić ekipę na zwiedzenie Chicago Institut of Art, ponoć jednego z najlepszych muzeów na świecie.


Podobała mi się organizacja wystawy permanentnej, ktorą zwiedziliśmy. Kilka sal, kilkadziesiąt dzieł sztuki, akurat tyle, żebym mogła je podziwiać, zatrzymać się, pokomentować, wymienić uwagi z kolegami i wyjsć z uczuciem przyjemności i duchowej sytości a nie bólem głowy od zbyt dużej ilości lub frustracja, że coś ważnego mnie ominęło.

Specjalnie dla Tej Pani 🙂 

Na mnie wrażenie zrobiły jeszcze „Szachy” Man Ray, genialne w swojej prostocie…


Wyszliśmy z muzeum i naszym zwyczajem znaleźliśmy na Trip Adviser świetną restaurację nieopodal muzeum: Gage.


Podobało mi się w niej wszystko: wystrój, dyskretna, serdeczna i uprzejma obsługa, wyśmienite dania, świetne wino…

Nabrałam się, myślałam że to coś jeszcze z lat 30 ubiegłego stulecia, ale kelner wyjaśnił mi, że przedtem był to sklep z butami i nowy właściciel włożył wiele wysiłku w stworzenie takiej właśnie atmosfery. Na ścianach tu i ówdzie kafelki w stylu „metro”, czerń, biel, butelkowa zieleń, cegła, drewno.

Po raz kolejny jestem wdzięczna sobie, losowi i Bogu, że mogę pracować i podróżować w takich warunkach, z takimi wspaniałymi i ciepłymi ludźmi, jak ekipa firmy czy nasi klienci.

Chicago, a Ciebie i wspomnienia, które są z Toba związane – chcę uchronić od zapomnienia.

Dodaj komentarz