Kartka z kalendarza

Lyon powoli i ostrożnie wchodzi w
świąteczny mood.
Nie, żeby zaraz Święta Bożego Narodzenia – przecież uraziłoby to ateistów, muzułmanów lub osoby po prostu samotne, które z rożnych powodów schowały magię bożonarodzeniową do kieszeni, na inną okazję. A przecież Francja tolerancyjna jest.

Zatem pojawiają nam się na ulicach choinki, światełka, wystawy ubierają się w gwiazdki, świeczki i rożne błyszczące sreberko-złotełka, byśmy radośnie czcili „Święta Z Końca Roku” (Fêtes de fin d’année).

W dzielnicy zamknęły się dwie księgarnie, za to jedna się otwiera, poczekam dwa dni i kupię prezenty raczej u księgarza niż w internecie.

Jeden Pan w Stowarzyszeniu, dla którego robię tłumaczenia, sam z siebie przestał pić. Pewnego dni po prostu powiedział, że nie weźmie do ust alkoholu. I dzielnie się trzyma od 6 miesięcy. Zaczął „dbać” o swoje zdrowie (pierwszym krokiem jest stawianie się na wizyty lekarskie). Kiedy od siebie dyskretnie pogratulowałam mu wyboru i silnej woli, w jego oczach zobaczyłam, po raz pierwszy, błysk dumy z bycia człowiekiem. Trudno to wytłumaczyć. Ludzie, ktorzy pracują w tym ośrodku zrobili wspaniałą pracę, towarzysząc mu w tej drodze do odzyskania własnej wartości. 

Planuję kupić mu w prezencie ładne skarpety i zaproponować wspólną pasterkę w polskim kościele. Znamy się już kilka miesięcy i mam nadzieję, że odbierze to naprawdę jako gest sąsiedzki a nie jakiegoś ckliwego miłosierdzia.

Okres świąt, dla osób z naszego kręgu kulturowego może być we Francji ciężki. Mam nadzieję, że nie załamie się i nie wróci do alkoholu…

***

My też za chwilę zabieramy się za ubieranie choinki.

Choć aż mi się serce kraje, bo nie będę widziała Irenki przez ładne 3 tygodnie w tym miesiącu grudniu, co mi z a w a s z e serwuje ostrą mieszankę emocji, tak na Koniec Roku.

Zatem ubieram choinkę z moim dzieckiem. Po raz pierwszy w życiu mogę pozwolić sobie (bez wyrzutów sumienia i notyfikacji na koncie) na zakup bombek i dupereli, jak sztuczny śnieg i tak, daje mi to satysfakcję. 

Jednego dnia wstałam wcześniej i ze spaceru z psem, znad rzeki, przytargałam gałązkę dzikiej róży, przyprószyłam sztucznym śniegiem i zawiesiłam ją w oknie, wraz z bombkami. Maleńka czynność z szufladki „kreatywność” a daje energicznego kopa na tydzień. 

Dziewczyny rzuciły się już w piątek za wycinanie wzorów w kartonie, bedą sprejować sobie okna. 

    
***

Prowadzam Irenkę do pani sofrolog, która uczy ją, jak się relaksować, jak oddychać, daje jej „narzędzia” do walki ze stresem i emocjami w szkole lub w domu. Irka mi za to podziękowała ostatnim razem i na razie wyglada na zmotywowaną. 
***

Ja zaczęłam chodzić regularnie na policyjną siłownię. Lubię tę atmosferę osiedlowego klubu z lat 90tych, szatnia wyglada nawet jakby od lat 80tych nie była remontowana. Może ja lubię luksus nowoczesnych sal, kiedy jestem w hotelu, od czasu do czasu, ale na codzień wolę minimalistyczne wnętrze, gdzie każdy szanuje maszyny jakby były jego.
Oprócz delikatnych zmian w jakości mojego ciała, mogę sobie obserwować stróżów prawa – czasem mam przed oczami kalendarz Bogów Stadionu w wersji „live”.

Chadzam tam z moim Księciem z Bajki oraz kolegą Piotrkiem. Powiem tak: jestesmy dziwną ekipą. Chłopaki trenują w binomie. Ja w innym kącie wypełniam swój plan. 

Benowi zaczynają rozchodzić się koszule na klatce aluzyjne (lekko) w pasie. Ale kiedy chwałę go za efekty, to się obrusza. 

Czasem dołączam do nich na koniec, na rozciąganie, i tak, podoba mi się to. 

   
***

Burze hormonalne w moim ciele, ładnie ujmując, dewastują mnie co miesiąc. Ale jestem coraz cześciej świadoma „znaków zapowiadających”. Zamiast hamować w sobie gniew, zazdrość, rozczarowanie, zaczynam je przez siebie „przepuszczać”. Zostawiają wówczas we mnie mniej śladów. Czasem.
No i seanse masaży z Sandy wpływają rewelacyjnie na moje samopoczucie. 

***

A dziś byliśmy razem w polskim kościele. Cała trojka wynudziła się jak mopsy, ale jestem im wdzięczna za te półtorej godziny poświecenia. Trochę tłumaczyłam Benowi od ucha kazanie, dziewczynom, jak wszystkim dzieciom w kościele, nie przeszkadzało, że nic nie rozumieją, wpatrywały się w swoje paznokcie, lub bacznie obserwowały, kiedy wstawać, kiedy klękać itp. Ale byliśmy tam razem i w tamtej chwili czułam, że ta moja nienormalna, posklejana rodzina, jest jednak Rodziną. 

 
I tym akcentem pragnę życzyć Wam miłego niedzielnego wieczoru. Jutro z kalendarza spadnie kolejna kartka… żeby przyniosła wam Radość i takie ludzkie Ukojenie i Zadowolenie. 

3 myśli nt. „Kartka z kalendarza

  1. brigitta

    Aga, Ty jesteś po prostu niesamowita, bo z jednej strony jesteś idealnym przykładem kobiety sukcesu, jak te Panie z kolorowych magazynów z zegarkiem wartym więcej niż mój samochód, a z drugiej strony jest w Tobie tyle ciepła i dobroci, że starczyłoby dla całej mojej wsi. Piękne są te Twoje „drobne” gesty dla obcych ludzi, a serce masz naprawdę wielkie. Czasami czytam Twojego bloga i czuję jakbym studiowała fajny poradnik pt: ” cieszyć się życiem tu i teraz 🙂

    Cóż, żyj 🙂

    I zazdroszczę tej siłowni 😛

    A unosisz proste nogi na tej maszynie na 5 zdjęciu? U mnie na wiejskiej siłowni też jest ten sprzęt i powiem Ci, że wyprostowanych nóg nie uniosę, tak do połowy i koniec 😛

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      Dzięki Magda 🙂
      Masz racje, serce mam wielkie, ale nie ma w nim tylko dobroci, nie myśl sobie 😉
      A gdybyś poznała mnie osobiście, wiedziałabyś, jak te demony czasem ze mnie wyłażą..
      No ale, faktycznie. Czuję, że żyję.

      Unoszę, ale tylko przez pierwszą serie. Przy czwartej robię już co mogę…;-)

      Odpowiedz
  2. dee4di

    Trzymam kciuki za tego pana od skarpet. I gratuluje pomysłu z różą. U mnie jeszcze nie ma choinki, tylko wszędzie lezą pudła bo mieliśmy się przeprowadzać i się przesunęło. Dzisiaj jednak kupuje choinkę, pudła, czy nie święta będą. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz

Dodaj komentarz