Joga śmiechu

Znajdziecie ja we Francji pod nazwa Yoga du rire, a w krajach anglojezycznych Laughter yoga.

Wybralam sie dzis na te zajecia, chociaż w planach miałam prawdziwa joge.

Ale coś mnie podkusiło, żeby wejść na strone  http://www.onvasortir.com/ . Dla tych, którzy nie znaja konceptu OnVaSortir, czyli OVS, jest to strona spotkan towarzyskich. Nudzi Ci się? Nie masz z kim wyjść ? Pograłbyś w badmintona ale nie masz pary ? Może spływ tratwą ? Albo partyjka gry w karty ? I masz już dość chodzenia sama do kina? No to zajrzyj na OVS.

Strona jest bezpłatna, tworzysz swój profil i zaczynasz przeglądać „wyjścia”. (a trafiłam na nia zaraz po rozwodzie, żeby zwyczajnie wyjść do ludzi, kiedy naprawdę zostałam w tej Francji, nie licząc Irki raz na dwa tygodnie – sama – wiecie, jak się rozwódkom zawęża grono znajomych ? Duzo roznych rzeczy można napisac o OVS, ale ja wybieram napisac tylko co spotkalo mnie tam dobrego.

A dzisiaj zaintrygowała mnie właśnie Joga Śmiechu, a ponieważ zajęcia odbywały się w mojej dzielnicy, postanowiłam tam zajrzeć.

Dwunastu dorosłych ludzi płaci po 12 euro za to, by przez godzine się posmiac. Dokad zmierzasz, Zachodzie ?

Na wstępie instruktorka zapewnia: nie jest to one men show. Nie zabawie was historyjkami, bo śmiech, który mamy dziś wywołać nie ma uzasadnienia intelektualnego. Zajęcia nazywają się joga, ale jeśli w tej „prawdziwej” chodzi o to, by pozwolić umysłowi nieco odpocząć, poprzez wykonywanie tych samych sekwencji ruchów i oddechów odciąć strumień myśli, to podobnie tutaj, poprzez śmiech odcinamy umysł od ruminacji i myśli o problemach.

Ale jak to? Mam tak po prostu zmusic sie i zacząć się śmiać ?

Tak.

Okazuje się, ze nie ma znaczenia, czy przyczyną śmiechu był wyrafinowany dowcip z zabawna pointa czy śmiech wymuszony. Po godzinie, zapewniam was, i tak już nie pamiętamy, dlaczego właściwie się śmiejemy. Ba, ze śmiechu leca nam nawet łzy, a my czujemy się odprężeni, jak po kochaniu się, twarz nam się rozjaśnia i dobry humor nie opuszcza nas przez cały wieczór.

Najpierw stoimy w kręgu i rozluźniamy mięsnie twarzy, robiąc grymasy. To nie jest nawet śmieszne, raczej zalosne, my ludzie okoloczterdziestoletni, doprowadzilismy sie do stanu, gdzie trzeba nam pomocy specjalisty od smiechu. Ale, skoro taka jest rzeczywistosc, to moze warto sie z nia zmierzyc ? Cos zmienic ? Rozluźniamy ramiona (wzruszamy ramionami, jakbyśmy mówili: co mi tam, leje na to!) i tak dalej. Później klaszczemy w dłonie jak nienormalni, bo nie ma w tym nic z dzieciecej naiwnej radosci klaskania, pierwszy raz kiedy klaszczemy, artykuujemy AA i OO, i zagladamy w oczy innych uczestnikow, widzimy w nich to samo co oni w naszych: zażenowanie , swiadomoosc, ze jest to sztuczne i przesadzone, ale juz po kilku klasnieciach, machasz wewnetrznie reka  i powoli myśli : „co ja tutaj robię?” „z tymi obcymi ludźmi ?” oraz zażenowanie ustępują miejsca „ok, jestem tutaj, wiec dorzuce entuzjazm i zamierzam dobrze sie bawic” oraz dopuszczamy do wizji absurd.

Smiejemy sie z instruktorki, instruktorka smieje sie z siebie. A pozniej z nas. Smiejesmy sie z siebie nawzajem a pozniej kazde z siebie samego.

Krótki śmieszek, ten który wychodzi z gardła. Ha. Ha. Średni śmiech, który schodzi nieco niżej. I śmieszysko, które wychodzi gdzieś głęboko z brzucha. Absurd ma to do siebie, ze jest nietrwały, ulotny, najpierw zaskakuje a później bawi. A stad już tylko kilka ćwiczeń, które krok po kroku wiodą od uciechy, przez radochę, frajdę, beztroskę do radości i błogości.

Seans skonczylismy lezac na matach i wijac sie ze smiechu. Brzuch boli mnie wciaz, kilka godzin po seansie a dobry humor nie opuszczal mnie przez caly wieczor. Buzia i oczy musialy mi wyjatkowo jasniec, skoro wracajac wieczorem do domu, w moich grubych skarpetach, butach do chodzenia po gorach, opatulona welnianym plaszczem, ogladala sie za mna wiekszosc mijajacych mnie facetow. A przeciez, kiedy szlam na zajecia, ubrana bylam tak samo, tnawet makijaz byl porzadniejszy, wzrok przechodniow nie zatrzymywal sie na mnie dluzej niz na zaparkowanych samochodach….

Jeśli macie okazje uczestniczyć w takim seansie – gorąco do tego zachęcam

PS. Przy okazji opisałam kolejne „ćwiczenie szczęścia” z tego programu, którym was zamęczam (a cwiczen jest w sumie, uwaga, 26)

PS2. Piszac tego posta trafilam na polska strone Jogina Smiechu, warto tam zajrzec  🙂

12 myśli nt. „Joga śmiechu

  1. Kasz

    Zmuszać się? Ależ ja Ciebie widzę jako osobę wiecznie uśmiechniętą, naprawdę!
    Ale swoją drogą faktycznie, dokąd zmierzasz, Zachodzie? 😉

    Odpowiedz
  2. Tochybaomnie

    Często zapominamy o śmiechu. Szczególnie w Polsce widzę mnóstwo smutnych ludzi. I sama łapię się na tym, że nie pozwalam sobie i moim bliskim śmiać się zbyt głośno w miejscu publicznym. Bo ktoś się krzywo spojrzy, czy pomyśli o mnie/nas źle.

    Dziękuję za ten wpis, dowiedziałam się czegoś nowego i dało mi to do myślenia 😉

    P.S. Czy akcja z książkami jest nadal aktualna?

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      No właśnie, i do tego często myślimy, że śmiech m u s i być spontaniczny, niewymuszony… A jak nie ma powodów, to mamy byc smutni?
      🙂
      A po drugie : i co z tego, że ktoś na nas spojrzy? 🙂
      Z zajęć z psychologii pracy wyniosłam taki trik:
      Kiedy wytykasz komuś palcem jakąś wadę, trzy place zwracasz w swoją stronę. Wyciągnij rękę i sprawdź 🙂 czyli, że jeśli „wytykamy” palcem kogoś, kto się śmieje w niebogłosy, prawdopodobnie odczuwamy zazdrość, bo sami tez byśmy chcieli, ale z rożnych względów sobie tego zabraniamy. I na pewno jeszcze 2 inne powody. Lubię tę teorię i za każdym razem, kiedy zdarza mi się kogoś skrytykować, zastanawiam się jakie jest prawdziwe zródło tej krytyki. (Na szczęście nie krytykuję zbyt często, inaczej życie upłynęłoby mi na zastanawianiu się, a ja przecież lubię ż y ć :-))

      Tak, ostatnia książka pofrunie dzisiaj do Ciebie, wyślij mi tylko proszę twój adres :-))
      Pozdrawiam i życzę miłego dnia 🙂

      Odpowiedz
      1. Tochybaomnie

        Masz rację! Ja niestety zbyt często się spinam i próbuję się kontrolować aż zanadto, chociaż i tak zrobiłam w tym temacie postępy 😉
        Wysłałam Ci adres i wyczekuję listonosza! 🙂 Super pomysł z przekazywaniem książek! 🙂

        Pozdrawiam i życzę przepięknego weekendu!

        Odpowiedz
  3. 5000lib

    Nie pamiętam żebym się ostatnio się śmiałam, tak z brzucha. Smutne to. Czytałam badania dot. związków z ludźmi i wedle tych badań, nie pamiętam teraz jakich dokładnie, miarą jakości naszych związków jest to jak często się w danej relacji serdecznie śmiejemy, jeśli coś zaczyna się psuć to robimy to rzadziej. Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      D o k ł a D n i e tak to wyglądało. Jak przyszliśmy, wszyscy mieliśmy miny jak Ci państwo z pociągu. A wychodziliśmy odprężeni po godzinnej śmiechawce 😉

      Odpowiedz
  4. Pastelowa Kropka

    Naprawdę śmiałam się czytając ten wpis, właściwie to nie wiem dlaczego, może wyobraziłam tam siebie, w tych etapach… od wielkiego buraczanego zażenowania po wicie się na materacu. Myślę, że czułabym się podobnie do Ciebie.Ten absurd, a potem śmiech do rozpuku i rozluźnione nerwy. Dobrze opisałaś swoje odczucia, a mój komentarz zakończę niczym innym jak tylko hahahahha hehehheheheh hihihihihihi

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      No, wspomnienia tez sa zarazliwe, smialam sie nawet czytajac komentarz:)
      (warto tez obejrzec filmik, ktory przeslala nam Kasz, dokladnie ten sam mechanizm:))

      Odpowiedz
  5. carolangue

    Pierwszy raz słyszę o takich zajęciach, do Polski pewnie jeszcze nie dotarły. Chętnie bym poszła, śmiech jest zaraźliwy i bardzo zdrowy. 🙂
    Ciekawy blog, pozdrawiam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz