Dziennik pokładowy – moje greckie wakacje

Dzień pierwszy. Wtorek.

Przylecieliśmy wieczorem.

Pokłóciliśmy się już na pokładzie samolotu, o jakąś głupotę oczywiście.

Na lotnisko przyjechał po nas Alex, mąż Izy i wiezie nas na działkę, skąd nazajutrz wyruszamy w dalszą podróż.

Izę znam z fb, wiedziałam  że z mężem organizują żeglowanie, własnym jachtem po greckich morzach i jeszcze zimą zarezerwowaliśmy tydzień na łódce.

Teraz siedzimy na ich tarasie, Benoit wściekły, ja zażenowana, nasi gospodarze też pewnie czują się nieswojo. („zakochani, za miesiąc się żenią” a my tu taki cyrk …)

Z Benoit nie zszedł jeszcze stres związany ze sprzedażą firmy, i dopiero tu w Grecji doszło do niego (sic!), że Iza i Alex mówią po polsku i że czekają go polskie greckie wakacje.

Dzień drugi. Środa.

Zaczyna się od tego, że oboje mamy dość i jesteśmy o krok wysłania Benoit z Margaux do Aten.

Jakimś cudem jednak godzimy się, dajemy sobie buzi i jedziemy razem do portu, gdzie odkrywamy jacht Izy i Alexa.

thumb_IMG_0827_1024

Uwielbiam.

Jestem tak naprawdę pierwszy raz na jachcie i podoba mi się tu bardziej niż w bizjetach, które znam z rożnych EBACE i NBAA.

Są trzy kabiny (dostajemy z Benem dość szeroką, rufową , dziewczyny dziobową), kuchnia, łazienka z prysznicem (zupełnie jak w Falconie od Dasseau, tylko bardziej przestronna :-)), salon, w którym będzie spał syn Izy (też nastolatek).

Podoba mi się koncept „tiny house” – na jachcie, na maleńkiej powierzchni, są wszystkie wygody, i tu dopiero można uczyć się minimalizmu !

Na kilkunastu metrach kwadratowych możemy znaleźć każde prywatny kącik, tak, by nie przeszkadzać sobie wzajemnie.

Robimy zrzutkę na jedzenie, listę i jedziemy na zakupy.

(Przeżywam lekki szok na widok ilości plastikowych torebek, ktorych używają Grecy. Prawie wszystko pakuje aię w osobne tytki).

Wypływamy wczesnym popołudniem.

Ja i Patchworki jesteśmy prawdziwymi szczurami lądowymi.

Podoba nam się wszytko (z góry przepraszam za niefachowe nazwy) : mocowanie bojek na burtach, rozwijanie i zwijanie żagli…

Jest naprawdę przyjemnie, wyjaśniliśmy sobie z Benem rożne sprawy i dalsza podróż odbyła się prawie bez niesnasek.

Pierwszą noc spędzamy w porcie przy moście w Chalkidzie.

Nasz pierwszy „abordaż” – czekając na otwarcie mostu cumujemy przy innym jachcie.

Zaskakuje mnie się solidarność żeglarzy. Nawet jeśli komuś się nie podoba, że jakaś łajba się do dokleja do jego jachcika, grzecznie przyjmuje cumy i przytwierdza je do swojej burty…

Czekając na otwarcie się mostu robimy planki 🙂

thumb_IMG_5779_1024

Samo miasto nie robi na mnie rewelacyjnego wrażenia. Ale jest na naszej road-mapie i nie da się go ominąć.

Po przepłynięciu mostu prawie zwodzonego  (który nie podnosi się ale wsuwa się z dwóch stron pod powierzchnię jezdni:-))

cumujemy przy nabrzeżu w centrum miasteczka. Jedyna niedogodność to głośna muzyka z baru tuż naprzeciwko. Jedyne udogodnienie : wifi ma zasięg aż do łódki. Poza tym nie da się opowiedzieć nic ciekawego o tym porcie.

Dzień trzeci. Czwartek

Płyniemy i zachwycamy się każdą falą.

Dziewczyny siedzą na dziobie, kompletnie przemoczone i piszczą z radości.

Zatrzymujemy się gdzieś, gdzie nam się podoba i skaczemy do wody. Bajka 🙂

thumb_IMG_5820_1024

A, no i robimy planki. Czytamy. Łapiemy słońce. Dosypiamy tygodnie zmęczenia.

Nocujemy w ślicznym, maleńkim porciku, Limni.

thumb_IMG_5816_1024

Dzień czwarty. Piątek.

Zatrzymujemy się przy plaży i skaczemy -z liny uczepionej do masztu – do wody.

Podpływamy do kolejnej plaży, tym razem są tam… Gorące źrodła. Irka przytomnie zauważa, że na Islandii gorące źrodła mają sens, ale tu? Temperatura 35 stopni w cieniu i ta wrząca woda? 🙂

Loutra Edipsu.

thumb_IMG_5861_1024

Atakujemy plażę całą gromadą 🙂

Ze ścian skapuje do morza gorąca woda. Nad ścianą wybudowano, ponoć znany, hotel i spa.

Pózniej poszliśmy tam, by dowiedzieć się czy można zrobić sobie masaż. Wejście na basen (kompleks basenów krytych i otwartych, sauna, jacuzzi itp) kosztuje 30€. Masaż dla gosci hotelowych 45€, dla turystów z zewnątrz 60€. I tak nie ma miejsc.

thumb_IMG_5840_1024

Po kąpieli zawijamy do portu, gdzie spotykamy znajomych Izy i Alexa, którzy też pływają z nastolatkiem. Dzieciaki w czwórkę grają w karty do północy (a w kolejne dni jeszcze dłużej;-)) a my urywamy się w czwórkę do restauracji 😉

Dzień piąty. Sobota

Najpierw troche zabawy…

thumb_IMG_5867_1024

A pozniej pojechaliśmy na ponoć „greckie Maldiwy”. Szału nie ma, stanęliśmy na kotwicy, zjedliśmy obiad, dzieci poszły zwiedzać plaże a my …spać:-)Na noc zawinęliśmy do Portu w Orei.

Miła niespodzianka : tamtejsza księgarnia sprzedaje książki w rożnych językach Kupiliśmy sobie dwie świetne książki po  francusku, które uprzyjemniały mi dalszą podróż.

Dzień szósty. Niedziela

Płyniemy, rzucamy kotwicę, bawimy się w morzu lub na plaży, zwijamy żagle, płyniemy dalej. I tak przez cały dzień. Życie jest uroczo proste.

Aż przypływamy do portu w Skiatos, w archipelagu Sporad. (o Skiatos ciekawie napisala Agnieszka na blogu Styk kultur)

thumb_IMG_5914_1024

Skiatos

Jesli wybierasz się tam łódką – serdecznie Cię od tego odwodzę. Port znajduje się tuż pod zejściem do ładowania lokalnego lotniska, które w sezonie jest mocno aktywne. Nad samą wodą w porcie znajdują się trzy dyskoteki, które kończą imprezę o…6h00 rano. Żeby sobie wyobrazic hałas, pomysł że sąsiad zza ściany włączył 3 rożne stacje radiowe, jedną w kuchni, drugą w salonie a trzecią w sypialni. A o ‪6h10 przylatuje pierwszy samolot… Spędziliśmy bezsenną noc, wszyscy byliśmy wściekli ze zmęczenia.

Samo miasteczko jest śliczne i udało nam się znaleźć świetną restaurację.

Dzień siódmy. Poniedziałek

Rozczarowani po bezsennej nocy w porcie postanowiliśmy jednak dać wyspie Skiatos drugą szansę i popłynęliśmy na Plażę w Koukounaries.

Zacumowaliśmy na kotwicy w pięknej zatoczce. Młodsza część ekipy od razu rzuciła się do morza, a ja poszłam spać.

Do tego dostałam okres, a powiem Wam, że miesiączka na jachcie, kiedy nie używa się jednorazowych podpasek lub tamponów jest niezłym wyzwaniem.

Wieczorem wszyscy poszliśmy na plażę 🙂

Turyści wrócili do hotelu lub stateczki zabrały ich do Skiatos, byliśmy prawie sami (prawie, bo na wieczór dobiło na to kotwicowisko kilka innych jachtów).

Cisza, spokój. Zrobiliśmy sobie na dzikiej części plaży grila i własną imprezkę.

A w nocy podniosły się silne wiatry i byłam świadkiem pierwszych akcji ratunkowych. Najpierw puściła kotwica sporego katamaranu, na łódce 2 kobiety z małymi dziećmi, panowie po nocy popłynęli na ryby. Alex z Markiem pomogli dziewczynom zakotwiczyć lepiej łajbę i poszliśmy spac. A tu godzinę pózniej ekipie z zaprzyjaźnionego jachtu puściła kotwica i zaczęło ich znosić.

Niby doświadczeni żeglarze a powyłączali i komórki i radio. Więc o 2 nad ranem Alex włączył silnik i popłynęliśmy ich budzić.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Rybacy z katamaranu przywieźli nam w podzięce 4 ogromne ryby i butelkę (greckiej) wódki 😉

Dzień ósmy. Wtorek

Ranek spędzamy wciąż w tej ślicznej zatoczce. Zaczyna nam brakować snu, bo to druga zarwana noc 🙂

Żeglujemy mało-wiele.

Śpimy w Neo Klima, na wyspie Skopelos.

(O Skopelos poczytajcie u Marzenny, na blogu Greckie Skarby

Idziemy na Pizzę 🙂

Wiecej nie pamietam, bo cały czas śpię 🙂

Dzień dziewiąty. Środa.

I to jest dla mnie najpiękniejszy dzień naszego rejsu, taki dzień dla którego warto było to wszystko.

thumb_IMG_6055_1024Podpływały najpierw do małej groty na wyspie Dassia, szeroko reklamowanej jako atrakcja turystyczna. Dziura w skale, bez podwodnej lampki ponoć wiele się nie zobaczy ale przy dziurze stoją 3 jachtu turystyczne.

thumb_IMG_6067_1024thumb_IMG_6064_1024

Zwijamy żagle i płyniemy na piękną bezludną plażę, jedną z tych z filmu Mamma Mia 😉 Alex robi na grillu rybki, siedzimy na plaży, czytamy książki, odpoczywamy w cieniu a widoki są rajskie.

Jest cudownie

Na wieczór wpływamy do zatoczki w Panormos – i tu jest nasz najpiękniejszy nocleg.

thumb_IMG_6125_1024

Panormos

Spokój -żadnej muzyki. Kilka jachtów przywiązanych do skałek. Płyniemy z Benoit i dziewczynkami na plażę, do tawerny (a stoliki stoją prawie w wodzie:-)). Spędzamy piękną noc, jest wystarczajaco mało światła, by móc obserwować spadające gwiazdy…

Rano okazuje się, że woda ma kolor lazuru. By się obudzić, nurkujemy z Irenką…

thumb_IMG_6096_1024

Panormos

Pózniej bawimy się nagrywając skoki do wody w zwolnionym tempie…

W ogóle…

Nie chce nam się stamtąd ruszać:-)

Dzień dziesiąty: Czwartek

Ale mamy w planach zwiedzanie innych wysp, więc płyniemy dalej. Po drodze zawijamy do portu w Skopelos. Dużo spokojniejszy niż Skiatos. Tankujemy wodę, idziemy zwiedzić miasteczko, korzystamy z okazji i kupujemy kilka pamiątek…

W nocy budzi się mocny wiatr… I zostajemy w tym porcie już do poniedziałku.

thumb_IMG_4982_1024

Skopelos

Tego właśnie nie da się przewidzieć, kiedy planuje się wakacje pod żaglami. Dlatego dobrze jest spakować do plecaka trochę luzu i uśmiechu, unikać biadolenia „oj, jaka szkoda że tego nie zobaczę”, a za to włączyć na maksa opcję „co innego może mnie zachwycić”?

Dzień jedenasty. Piątek.

Benoit wypożycza samochód. Na trzy dni.

Objeżdżały wyspę. Jest naprawdę malutka i w pół dnia zwiedziliśmy całość.

Na Skopelos nie ma (chyba żadnych) ruin z czasów starożytnych. Jest kilkadziesiąt kościołów i monastyrów, jednym z nich jest Agios Nicolaos. Wieje wiatr i wszyscy mamy skojarzenia z podobnym miejscem, które zwiedziliśmy dwa lata temu w Irlandii.

No tak. Ale jest dopiero 14h a tu cała wyspa objechana. No to idziemy na plażę.

Zatrzymujemy się w Milia.

To tutaj doświadczam takiego totalnego poczucia szczęścia. Plaża jest pusta. Patchworki kąpią się w falach. Leżę na leżaku i wpatruję się w nich, może i półtorej godziny.

Piski dziewczyn. Radosne pohukiwanie Benoit. Ich entuzjazm w skakaniu przez fale.

Świeci piekne słońce. Czytam interesującą książkę.

thumb_IMG_6184_1024

Tak. Takie chwile nadziewam jak koraliki na naszyjnik szczęścia.

 

Dzień dwunasty

Skopelos.

Pada deszcz.

Pierwszy raz spada na mnie na greckiej ziemi kropla deszczu. Wicher dmucha, łódki w porcie kiwają się jak wańki-wstańki, jak zabaweczki w misce gdy ktoś włącza wiatr z suszarki, maszty jachtów uderzają się o siebie.

Nic tylko spać.

Dzień trzynasty. Niedziela.

Skopelos.

Bierzemy samochód i jedziemy na plażę.

Po drodze zatrzymujemy się na obiad w przyplażowej tawernie.

Wracamy na Milia, ale nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki.

Plaża jest zapchana ludem i głośna, nie ma fal. Na szczęście muzyka w barze jest dobra, towarzystwo zmęczone. Wszyscy się pospali.

Wracając zahaczyliśmy o jeszcze jedną plażyczkę. Zanotowaliśmy nazwy miejsc w które jeszcze wrócimy.

***

Dzięki uprzejmości fb odnalazło się stare zdjęcie, z 2016 roku. Nasze pierwsze wspólne wakacje. W Grecji.

thumb_IMG_6242_1024

Dziewczynki były wtedy… Malutkie !

 

To było piękne w te wakacje. Być tu znowu razem. Znowu ale przecież inaczej.

Dzień czternasty

Powrót do Aten.

Bierzemy szybką łódź. Jest mi wstyd, bo generujemy niezłą ilość zanieczyszczeń. My nawet nie chcieliśmy takiej szybkiej opcji, tradycyjna też by nam wystarczyła 🙁

A teraz siedzimy w hotelu i ogladamy Olimpiade. Zaraz wychodzimy na ostatnia grecka salatke w Grecji w te wakacje …

 

***

Dobrze, że istnieje internet i Facebook i że potrafię się nim obsługiwać jak narzędziem służącym do komunikowania z innymi ludźmi a nie tylko wirtualnymi profilami.

Bo dzięki temu poznałam Izę, dzięki której zdecydowaliśmy się na takie wakacje na łódce.
A pozniej już do nas należało to, by były one udane.

Iza i Alex są kochanymi ludźmi, widać że lubią żeglować, że lubią i znają Grecję, że potrafią się dostosować do ludzi z którymi pływają. I polecam Wam ich uslugi.

O konflikty jest nietrudno, kiedy zupełnie obcy ludzie „muszą” być ze sobą wciąż na kilkunastu metrach kwadratowych. Ale nam udało się przeżyć te kilkanaście dni bezkonfliktowo, w przyjemnej atmosferze. Nawet Benoit, który nie mówi po polsku, szybko się wyluzował. Do tego zorganizowaliśmy się tak, by spędzać dużo czasu rodzinnie – zadecydowaliśmy na przykład z Benoit, że na kolacje będziemy wychodzić najczęściej sami, do miasta.

PS.
Z Grecji wracamy z Rogerem:

thumb_IMG_4993_1024

 

 

thumb_IMG_1688_1024

 

 

 

4 myśli nt. „Dziennik pokładowy – moje greckie wakacje

  1. Pastelowa Kropka

    Zdjęcia podparte słowami mówią same za siebie, że to był dobry czas, a wszystkie te najpiękniejsze dni i promyki słońca z pewnością skumulowały się w Tobie i już tam zostaną w zakładce czysta radość :))

    Odpowiedz
    1. babajoga Autor wpisu

      No własnie, my nie wiedzieliśmy czy jesteśmy chorzy na chorobę morską 🙂
      dlatego wybraliśmy się na ten rejs z Izą i Alexem. Oni nie wypływają w morze kiedy są silniejsze wiatry i strasznie wieje i buja.
      W sumie to taka inna forma kempingu.
      Tak, było cudownie :-)))

      Odpowiedz
  2. Pingback: Podsumowanie Roku 2016 | Chatka Baby Jogi

Dodaj komentarz