Bar Nos

Gigondas 

Gigondas jest to miasteczko w południowej Francji, które dało swoją nazwę jednej z apelacji AOC, wyodrębnionej z Côte du Rhône.  Dziś liczy sobie trochę ponad 500 mieszkańców.

Być może słyszeliście o francuskim polityku i uczonym z XIX wieku, Eugeniuszu Raspail, który był archeologiem, paleontologiem i geologiem. Odziedziczył po ojcu domenę de Colombiers i postanowił podejść racjonalnie do uprawy winorośli. To on sprawił, że wino Gigondas płynęło hektolitrami do Lyonu i tu zyskiwało rozgłos. Nie wiem, czy archeologiem był z zamiłowania czy z oportunizmu, może po prostu spotkał w życiu dużo sprzyjających okazji i potrafił je wykorzystać. Odkrył na przykład w okolicznych górach skamieniałe 3-metrowe jaszczurki, opisał je i nadal im nazwę. Podczas prac w winnicy Eugene odkrył głowę Bacchusa z czasu rzymskich. Kiedy indziej kupił wygrzebaną u sąsiadów rzeźbę, którą odsprzedał londyńskiemu British Museum, a pozyskane środki pozwoliły mu przekształcić „domenę” w „chateau” (chateau Raspail)

Dziś, w świąteczny czwartkowy wieczór miasteczko było słoneczne, senne i puste. I piękne, choć kilka samowoli przypomina, że nie jesteśmy w miejscu historycznym i chronionym (anteny satelitarne, nietypowa jak na tego typu miejsca różnorodność graficzna szyldów itp).

Poszliśmy na spacer krętą dróżką do „Chateau”.Myślę, że przed sezonem turystycznym da się tu żyć. Mieszkancy ignorują turystów, otwierają okna i drzwi balkonowe; staraliśmy się nie zaglądać im do salonów, ale nie zawsze się dało.

Bar Nez w Gigondas

Usiedliśmy w barze „Nez” (Nos) i zamówiliśmy dwa różne gigondas. Przyznam, że zarówno produkcja wina jaki i jego marketing są dla mnie magią. Dwa kieliszki win pochodzących z innych winnic w tym samym miasteczku a w nich dwa różne wszechświaty. Na myśl przychodzi mi Słowacki i ten cytat z Beniowskiego: „chodzi o to by język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa”. A tu jeszcze głowa musi pomyśleć jak opisać co te garbniki, taniny, kwasy i alkohole z nim wcześniej wyprawiały.

wino Gigondas
Na małym placu samotny, leciwy platan, na nim światełka, pod nim stoliki i my. Dobrze jest tak sączyć wino i rozmawiać o głupotach, z mężem.


A później usiedliśmy na innym placu, pod innym platanem.


Wyciągnęliśmy z samochodu przygotowane przeze mnie słoiki – a w nich skarby ! Cukinia, szpinak, pory, sałatka z fenkulu i jabłka, ogórek z papryką, kasza jaglana, obrana marchewka, migdały. Zrobiliśmy sobie piknik, na przeciwko eleganckiej restauracji. Zanotowałam w pamieci, by następnym razem pomyśleć o bardziej wykwintnych naczyniach 🙂 Zachodzące słońce i wypita wcześniej lampka Gigondas grzały milutko.


I tak poczułam się jak na wakacjach.

***

PS. Zapomniałam zupełnie ! Znacie film „Goście, goście” ? (Les Visiteurs) ? Jest to jeden z ulubionych filmów Irki, widziałam go dobre 20 razy. Wysiadamy z samochodu, a pod mymi stopami widzę :

img_0063

i mechanicznie wykrzykuję : Godefroy !
Na co mój Maż, jeszcze bardziej mechanicznie : „Que trépasse si je fayblis” (Niech się przekręcę, jeśli wymięknę!) co było dewiza rodu Godefroy 🙂

Taki żarcik, ktory pewnie śmieszy tylko mnie, ale chciałam się nim z Wami podzielić 🙂 wiedziałam, ze Jean-Marie Poiré nie był trzeźwy konkoktujac scenariusz, teraz przynajmniej wiem skad czerpał inspirację 🙂

3 myśli nt. „Gigondas 

  1. ag

    Lubię takie ciepłe wieści z chatki, czytam i jakbym sama piła te gigondasy, a nie pardon, to żubrówka 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz