Tanrtyczna podróż poślubna

Kiedy zamknę oczy i wyszepczę „podróż poślubna”moje pierwsze myśli biegna ku wyspom. Seszele. Bora-Bora. Hawaje. Widzę wówczas młode, szaleńczo zakochane pary, które w związek małżeński dopiero wchodzą. Widzę spacery o zachodzie słońca, romantyczne kolacje, radosne kąpiele. No i dużo miłości.

W naszą podróż poślubną wybraliśmy się do Drôme – jest to region Francji położony na południe od Lyonu i na północ od Awinionu, na wschód od Rodanu, naprzeciwko Ardeche. Półtorej godziny drogi od domu.

Tantra jest jedną ze scieżek rozwoju osobistego (nadmienię, bo polska Ciocia Wikipedia wypisuje takie bzdury, że czytać się tego nie da), łączy ciało, kobiecość i męskość z duchowością. I dlatego postanowiliśmy kilka miesięcy temu, że nasza podróż poślubna będzie właśnie tantryczna, bo podróżować będziemy nie tylko po francuskiej prowincji, ale przede wszystkim w głąb siebie i razem.

Chyba wszystkie moje (nasze, jako pary) ważne wydarzenia poprzedzone są awanturą. Tym razem, od słowa do słowa, pokłóciliśmy się – o to, że po ośmiu latach związku nie mamy wspólnego dziecka. Kiedy dojechaliśmy na miejsce padał lekki deszczyk, atmosfera między nami była równie ciężka co chmury nad naszymi głowami. Wysiadłam z samochodu z cisnącymi się na usta mało eleganckimi pytaniami : co ja tu robię, co ja z nim tu robię i co ja z nim w ogóle robię?

Co się zdarzyło przez siedem dni ? Tego w szczegółach Wam powiedzieć ani nie mogę (powiedzmy, że to tajemnica, sekret między nami i grupą ludzi, z którymi spędziliśmy ten czas) ani nie chcę.
Powiem tyle:

Moja tantryczna podróż poślubna odbyła się w towarzystwie prawdziwej szamanki, prawdziwego pastora i prawdziwego druida. Spotkałam kilkanaście osób mądrych życiowo, lub z głową tylko wypełnioną wiedzą teoretyczną a mądrości życiowej szukających. Na sali był z nami i pilot i lekarz (ha, ha).

Były spacery o zachodzie słońca, romantyczne – wegetariańsko-wegańskie kolacje (i obiady i śniadania), były radosne kąpiele, w basenie i rzece Drome. I było dużo Miłości.

Były tańce – trudno w to uwierzyć, ale tańczyliśmy codziennie. Była medytacja. Ognisko. Spadające gwiazdy. Bawiliśmy się jak dzieci, gliną i glinką. Zbierałam zioła nad rzeką i czułam się jak jakaś magiczka. I były rozmowy. Takie głębokie, takie, o jakich w pędzącej codzienności prawie zapomnieliśmy. Oczyszczające, ocierające się o katharsis. Zakochane.

I były dyskusje z innymi osobami, otwierające oczy, uszy i serca.

Kiedy wyjeżdżaliśmy siedem dni później, żegnały się uśmiechnięte, rozluźnione i rozmarzone twarze; prawie wszyscy dzieliliśmy tę samą obawę – że nas zbyt szybko dopadnie codzienność .

***

Wracam bogatsza między innymi w odpowiedzi.

No bo jasnym jest, że nie wybraliśmy się przez przypadek. Dlaczego w życiu trafiamy na takich a nie innych partnerów?

Wybrałam mojego Męża, by pomógł mi dorosnąć. Dojrzeć, z trochę naiwnej dziewuszki, beztroskiej dziewczyny zmieniać się w Kobietę. By był przy mnie, kiedy przybywają mi nowe zmarszczki i kolejne siwe włosy, które ukrywam pod kolorem blond, by był przy mnie gdy będę zmieniać się w Staruszkę. Ale nie tylko.

Wybrałam go, by pomógł mi stać się Matką. Myślałam, że chodziło o to, byśmy mieli drugie dziecko, stali się razem biologicznymi rodzicami nowego człowieka. Dziś, po kilku nieprzespanych od płaczu nocach, po kilku rozmowach czuję, że wybrałam go, by pomógł mi stać się dobrą Matką … dla mojej Córki. Tej, która już tu jest.

Wiem, że wiele kobiet przeszło już te same etapy. Najpierw spóźniony okres o trzy dni, tydzień, dziesięć dni. Test jest negatywny, bo w moczu jest kilka kropel krwi. Później „tylko” lekkie plamienie. Jednego dnia jest, drugiego nie. I tak przez kilkanaście dni. Nieśmiałe nadzieje, delikatne uśmiechy, gdy zakręci się w głowie, kiedy dotyka się nabrzmiałych z dnia na dzień piersi. Umawiamy się na wizytę u lekarza. Ale wśród plamek pojawiają się strzępki tkanek, coraz bardziej liczne. Ból brzucha, jajników, piersi, głowy, duszy. Potop.

I te myśli. „Po co to wszystko?”. „Tik-tak: zegar tyka”. Szukanie winnych „na zewnątrz” – gdyby „to wszystko” mnie tak nie denerwowało. Szukanie winy w sobie „Nic mi nie wychodzi, nawet tej drobinki nie mogę donosić”.

Cykl nie jest już cyklem, tak bardzo jest zaburzony, a ja zagubiona. Co zrobić z tą krwią, tymi nagle niepotrzebnymi tkankami ? Dziś mogę je po prostu oddać magnolii, i to chyba najlepszy, najpiękniejszy z niej użytek… ona też prawie nie uschła tego lata…

Płaczemy oboje, i to też nas do siebie zbliża.

***

W niedzielę wraca z wakacji ze swoim Tatą moja Córką.

Zapowiada się bardzo nietypowy w naszym życiu rok.

Jej Tata wyprowadził się z regionu, gdzieś nad Atlantyk. Moja Córka będzie z nami przez cały rok szkolny (do tej pory miałam ją co drugi tydzień), co trzeci weekend będzie latać do nich na dwa-trzy dni.

To taki słodko-gorzki prezent, przyznaję szczerze.
Bo jest nastolatką, bo komunikacja nie zawsze jest słodka, bo traktuje ten pobyt ze mną trochę jak skazanie, bo 10 ostatnich lat przeżyła w garde alterne, czyli tydzień ze mną i tydzień ze swoim ojcem i macochą… Cieszę się i się boję, zarazem…

Dodatkowo, moja Córka zapowiedziała, że po tym roku chce znaleźć sobie liceum z opcją internatu, gdzieś między Lyon i Nantes. Zaskakująca jest u niej ta potrzeba równowagi („w ten sposób i ty i tata będziecie mnie widzieli tyle samo czasu”). Przyznaję, lubię jej zdecydowanie i fakt, że ma dziewczyna plany na życie. Moje serce Matki płacze (trochę, i w duchu), bo przeczuwam dość przedwczesny koniec wspólnego życia pod tym samym dachem, że mało czasu z nią spędziłam… Z drugiej strony na pewno chcę, by odnalazła równowagę, aby jej się udało realizować swoje plany, na pewno pomogę jej i w wyborze szkoły i w tym, by miała porządne dossier i żeby z radością kontynuowała tę swoją pasję (której nie podzielam). Szkoły średnie ze zintegrowaną jazdą konną, z internatem, mają sporo kandydatów i wymagają raczej porządnych ocen.

Bycie (dobrą) Matką jest dużo trudniejsze niż bycie (dobrą) Kobietą lub (dobrą) Żoną. A bycie Matką dziecka, które już tu jest, przy wychowywaniu którego popełniło się tyle błędów (zaniedbania, złych słów). Złapałam się nawet na takiej głupiutkiej nadziei: jakby drugie dziecko miało być dla nas drugą szansą na naprawienie własnej nieudaczności bycia rodzicami pierworodnych….
Teraz na wychowanie jest już za późno, ale zrozumiałam, że mamy wciąż szansę nacieszyć się wspólnie naszą i naszych nastolatek obecnością – kiedy nam na to pozwolą…

Cieszę się, że po ośmiu latach Rodziny Patchworkowej i ja i mój Mąż nareszcie, wspólnie doszliśmy do tego wniosku.

8 myśli nt. „Tanrtyczna podróż poślubna

    1. BabaJoga Autor wpisu

      😀
      Ja jestem ciekawa stereotypów, które o tantrze kraza 🙂
      Ale masz racje, przy tantrze, jesli nie jest sie w odpowiednim towarzystwie, można łatwo trafić na śliski grunt, nabić sobie guza lub niezle sie psychicznie połamać…

      Odpowiedz
  1. Pingback: Wiedźma Wie, więc poleca #1 - Wiedźma Wie

  2. Dominika

    Wpis wyjątkowy, pięknie ujęty w słowa i magiczny. Cieszę się, że po długiej przerwie znów u Ciebie goszczę na dłużej, prawdziwa z Ciebie Baba Joga…;) Też uważam, że dobieramy się w pary z jakiegoś powodu, że jakiegoś powodu w ogóle spotykamy na swojej drodze takich czy innych ludzi, którzy stają się naszymi nauczycielami, a my ich…
    Czasem tylko zastanawiam się jak to jest, że ktoś tak logiczny jak mój M. jest z kimś tak emocjonalnym i wirującym w chmurach jak ja… To chyba moja najbardziej wyjątkowa lekcja życia…
    Uściskiiiii

    Odpowiedz

Dodaj komentarz