Wtedy i dziś

Pisałam wówczas pamiętnik.

***

Najwyrazniej w marcu 2003 miałam już “papiery” (był to rok przed wejściem Polski do Unii, trzeba wówczas było mieć Carte de Séjour) bo mogłam – nareszcie – pracować legalnie.

“Witaj Maleństwo,

Jestem zmęczona, wróciłam z pracy. Ładuję towar na półki hipermarketu w Saint Quentin… Rano, 4:20 pobudka, nie lubisz być wyciągane z pozycji leżącej. Metro 5:09, pociag 5:26, 5:50 skuter Jacqueline (to za to uwielbiam ja).
3, 4 godziny pracy wyczerpującej psychicznie, a i fizycznie wcale nie mniej. Skłony, przysiady, podnoszenie ciężarów. czasami czuje, jak sie buntujesz. A ! Nie napisalam : zaczęłam chyba czuć twoje ruchy. Takie smyranie. Łaskoczesz mnie, Maleństwo. Mam nadzieje, ze nie mylę tego z innymi sensacjami. Nie wyczuwam tego dotykając ręką brzucha (ktory jest całkiem okrąglutki), ale gdy mocno o tobie myślę. Nie przestawaj. ”

Prawie wyparłam z mojej pamięci wspomnienia tej pracy, ale czytając te kartki wraca do mnie , że to wtedy poczułam, po raz pierwszy,  że “ja i On” nie będziemy razem długo. Coz za Książę będzie wsadzał swoja ciężarna Ksiezniczke o 5 nad ranem do pociągu, by wyslać ja do pracy ?

Niedługo potem zaczęłam pisac bloga Nie-Kangurzycy.

Były to czasy Zimno, Wawrzyńca Pruskiego i innych wspaniałych Blogerów. Kiedys, przy okazji jednego z wewnetrznych projektow Klubu Polki okazalo sie, ze w Klubie jest jedna z dawnych czytelniczek, moja dzisiejsza Mistrzyni Blogowania (Sciskam Cie, Kaczko !).

Zanim Nie-Kangurzyca zniknęła z sieci, w czasach okołorozwodowych, wydrukowałam i wkleiłem do tego pamiętnika kilka tekstów. Bardzo żałuję dzisiaj, że nie zapisałam ich gdzies wszystkich.

Dziś, roznica mojej sytuacji jest tak diametralna, ze samej trudno mi w to uwierzyć.

5 stycznia, 2004.

“Jak wiesz, nie pracuję. Chciałam powiedziec, nie wstaję rano, nie biegnę do pracy, z której nie czerpię korzyści finansowych. Określenie “siedzę w domu” też nie odpowiada prawdzie. Nie mogę ulokować ciała spokojnie w fotelu, z książką.  Zaprenumerowane Nouvel Observateur już od dwóch tygodni czekają na dogłębniejsze zainteresowanie. Nie mam czasu nawet na przysłowiowe malowanie paznokci a tym bardziej leżenie na kanapie i pachnienie. Cały mój czas i uwagę poświęcam w weekendy rodzinie a w ciągu tygodnia – Dziecku. Dziecko jest istotą niesamowicie absorbującą, do tego w sposób tak niewymuszony, spontaniczny i wdzieczny, że trudno mu sie oprzeć (zastanawiam się, czy ma to po Tacie?)

Była to prawdopodobnie zwyczajowa uwaga wszystkich młodych mam; mamy z dwudziestoletnim stażem mawiają zazwyczaj : znowu wróciłaś/wróciłeś pijany do domu, chyba masz to po Tacie, czy jakies inne uszczypliwosci zależy od rodzinnych tradycji).

Z zazdrością patrzę na kobiety, sunące podczas przerwy obiadowej, na wysokich obcasach, z biura w kierunku restauracji (mijam je popychając wózek, sunę do parku). Setki razy myslalam już o mojej zaprzepaszczonej karierze zawodowej (nie wiem wciąż w jakiej dziedzinie, ale to szczegół wymienny, dostosowuję go do dnia i nastroju).

A jednak, z każdym spojrzeniem na buźkę mojej córki smacznie drzemiącej lub rozkosznie gaworzącej – czuję się szczęśliwa i dziękuję Bogu, wszystkim siłom nadprzyrodzonym i mężowi, ze mogłam i wciąż mogę obserwować moją córkę, jak rośnie (dosłownie w oczach).
Codziennie na moich oczach odbywa sie maleńki cudzik. I piękne jest to, że są to zdarzenia zwyczajne – kiedy pierwszy raz odwraca sie z pleców na brzuszek, kiedy wkłada sobie do buzi palucha u stopy. Każdy z nas bil już te rekordy, ale jest w tym jakaś magia, a może to tylko mnie z nudów wyobraźnia, serce i dusza płatają figla ?

(…)
“Staram sie nie zapominac, ze nie jest życiem mi czy nam danym, tylko przekazanym, na kilkanascie lat”

Szczególnie ta ostatnia uwaga otworzyła we mnie morze łez. Oto kończy sie ten moj okres, kiedy miałam pod swoimi skrzydłami moją córkę. Od września zadecydowała, że będzie jednak żyła ze swoim ojcem, o 700 km od Lyonu.

Kończy sie pewien cykl, zaczyna nowy. Być może za rok znow bede myślała o zaprzepaszczonej karierze. W firmie zrobiliśmy reorganizacje i stanowisko szefa działu, które było mi przeznaczone, już nie jest mi przeznaczone. Przyznaję jednak, że jest to całkiem naturalne i nie wyobrażam sobie innego przebiegu zdarzeń. Co więcej. Ja już byłam, przez te 15 lat które dzielą wczoraj i dziś, tą kobietą na wysokich obcasach, sunącą do restauracji w przerwie obiadowej.

Nie, tego na pewno nie bede zalowala.

Fasolka, która nosi dziś “Baba Joga” bedzie inna niz Fasolka “Nie-kangurzycy”. Doznania są dziś inne (jeśli mogę bazować sie na tym co wyczytałam u siebie sprzed 15 laty). Doznaję stresu, którego istnienia nie bylam świadoma jako dwudziestopięciolatka (te cholerne badania dla “ciazy40+” )! Sama nie rozumiem, jak daje sie tak zmanipulować jakimś liczbom i statystykom.).

Mało we mnie zatem beztroski. Odrobina strachu przed stratą i bólu po stracie. Trochę żalu o to, jak biegną dziś ścieżki moje i mojej córki, po takich pięknych początkach

Jedno co zostało, i odnajduje siebie w tych dawnych zapiskach – to ten zacisk zębów, uśmiech na twarzy i to przekonanie, że będzie dobrze. At the end everything is ok, because if it’s not ok, it is not yet the end.

Marzę o tym, by usiąść spokojnie z nowym, pięknym zeszytem w ręku i zaczac pisac do tego tu Malenstwa, by tez mialo, kiedys, swoją Historię. Myślę, że Niedziela będzie idealnym dniem na pierwsze linijki…

Sciskam Was.

3 odpowiedzi do “Wtedy i dziś”

  1. Pisanie do dziecka, to taka piękna pamiątka! Ja się bałam. Przez wszystkie ciąże bałam się pomyśleć, że nawet jestem w ciąży. Za to zbierałam zdjęcia z badań, w kalendarz wpisywałam ważniejsze momenty i potem po porodzie je umieszczałam w specjalnym zeszycie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.