Kobieca sprawa ?

Dziś rano na monitorze USG ukazała sie oczom naszym, to znaczy moim i pani doktor,  para pięknych klejnotów między udami mojego dzieciaczka. Będę miała syna i bardzo sie z tego cieszę, chociaż zaczynam mieć obawy, czy sobie poradzę, bo jednak muszelka to znajoma sprawa, a siurki znam tylko w wersji dojrzałej. To wszystko nabiera coraz więcej ciała, że tak to ujmę i zaczynam nawet myśleć o porodzie. W związku z tym,  mam do Was takie pytanie : Czy uważacie, że mężczyzna powinien być obecny przy porodzie ? 

Mój pierwszy mąż był obecny przy porodzie naszej córki. Zbladł jak ściana, chyba przez moment nawet wyszedł. Ale był, przecinał pępowinę. I na pewno był to piękny dzień w jego życiu i na pewno również wpłynał nieco (niemało ?) na nasza seksualnosc.

Mój obecny mąż opowiadał mi, że jego obecność przy porodzie jego córki również była takim przeżyciem : “najpiękniejszy moment w życiu” i nieco jednak traumy, przy tym zemdlał na widok igły, wiecie, tej od znieczulenia.

Upłynęło 15 lat a ja sobie mysle, ze nie chce mężczyzny przy mnie w tym momencie. Poród – naturalny- był i jest sprawa kobiet, naprawde nie widzę (dzis)  nic heroicznego ani zbliżającego parę do siebie, w tym, że mężczyzna patrzy na wyłaniająca sie z krocza głowę dziecka. A nawet pamiętam wyraz strachu i odrobinę obrzydzenia, jaki wyczytałam na twarzy mojego bylego meza…
Czy jest również coś bardziej dramatycznego w życiu, niż bezsilność patrzenia na ból ukochanej osoby, wiedząc, że nic sie z tym nie da zrobić ? Czy jest cos bardziej wkurwiajacego rodzaca, niż jej facet sapiący obok “oddychaj kochanie, to cię będzie mniej bolało” ?

Dzis chcialam o porozmawiać z ojcem mojego syna jak sie zapatruje na taki pomysł, bym jednak rodziła w gronie kobiet, nie wiem, moze nawet przy jego matce, skoro moja nie przyjedzie na ten czas do Francji. Wyjaśniłam, że dla mnie (dziś) poród ma dość silne pierwotne konotacje, jest sprawą kobiecą i może wywołać właśnie (przejściowe ?) problemy na tle seksualnym  i poza tym po co ma mdleć i być zniesmaczony, a pępowinę zawsze może uciąć, jeśli ma taką fantazję.

No i jego reakcja mnie naprawde mocno zaskoczyla. Że jest mu cholernie przykro, że chcę go pozbawić najpiękniejszego momentu w życiu, że chcę go odciąć od tego wydarzenia, jakim są narodziny jego syna i że chce “to” tylko dla siebie i że w ogóle nie chce go mieć w moim życiu w tak ważnych momentach.

(No, relacje rodzinne to mi w zyciu naprawde nie wyszły 🙁 , dodałam w nawiasie).

Bez oceniania tej mojej sytuacji – co Wy sądzicie, z waszego punktu widzenia, o tej męskiej obecności przy porodzie ?

 

32 odpowiedzi do “Kobieca sprawa ?”

  1. Mój Mąż był dwukrotnie przy porodzie. Nie namawiałam. To była Jego decyzja, która mnie bardzo ucieszyła. Nie uważam, aby poród był sprawą tylko kobiet. Sądzę, że poród jest sprawą przyszłych RODZICÓW. Chociaż nie było łatwo przy obu porodach i mąż miał chwilę przy pierwszym “słabości”, ale to bardziej z niepokoju o przebieg samego porodu, niż spraw fizjologicznych, to przede wszystkim dzięki Jemu właśnie dałam radę. To On mnie trzymał za rękę i to on mi przypominał , np. o oczach, by nie zamykać. To on mnie mobilizował, choćby mówiąc, jaki jest kolejny etap porodu. To on pamiętał o chwycie Poręby po porodzie i mi go “zastosował”. To było nasze doświadczenie, które sądzę, że jeszcze bardziej nas zbliżyło. A jesteśmy razem 22 lata 😉
    Tak poza dyskusją… Myślę sobie, że rozumiem rozgoryczenie Twojego Męża, tym bardziej, że znałaś Jego zdanie o wspólnym porodzie – jakim ważnym dla niego jest przeżyciem…

    1. Dzięki za podzielenie się zdaniem.
      Na pewno są to te momenty niezapomniane w życiu.
      Zastanawiam się, czy mężczyzna, który nie mógł przy tym być – bo kobieta rodziła wcześniej a jego nie było, czy z innego względu – aż tak sobie wyrywa z rozpaczy włosy, że stracił ten moment?

      A poza dyskusją – właśnie nie znałam jego zdania o wspólnym porodzie, a raczej znałam jego relacje z poprzedniego porodu w którym uczestniczył, to właśnie magiczno-traumatyczne przejście. I próbowałam poznać.
      A spotkałam się nie z dyskusją ale z wyrzutem i zarzutem, że chcę mu coś odebrać …

  2. Też miałam takie obawy. Czy to aby na pewno jest sprawa dla faceta? Jak to potem wpłynie na okołołóżkowe sprawy? I inne różne takie, które teraz, z perspektywy czasu wydają mi się bzdurne. Poród był tak ekstremalnym i tak innym od wszystkiego przedtem przeżyciem, że po prostu nie przekładam tego, co się wtedy działo, na teraźniejsze życie, na żaden jego aspekt. Nie wiem, czy gadam zrozumiale w tej chwili, ale tak to odczuwam. No i poza tym, obecność mojego faceta była dla mnie ogromnym wsparciem. Nie wiem, czy jakimś tam hiper scalającym, tworzącym nierozerwalne więzi – zwyczajnie i po ludzku czułam się spokojniejsza, trzymając go za rękę i słysząc że “świetnie mi idzie”, choć miałam wrażenie, że jestem najgorszą rodzącą w historii położnictwa 😉

    1. Hm, rozumiem, rozumiem.
      Mnie jest trudno wyobrazić sobie mojego męża jako wsparcie w takiej chwili. Kiedy na pogotowiu zszywano brodę jego córce, to ja byłam z nią w sali, i trzymałam ją za rękę, bo on nie znosi widoku krwi i igły (mdleje).
      Czy mam ochotę na dodatkowy stres i atrakcję w postaci malejącego przy porodzie mężczyzny?
      Nie wiem.

      Na szczęście ciąża u człowieka trwa 9 miesięcy i można sobie zdanie zmienić ze trzy razy 😉

      1. Aga, mój J też tak ma ze słabnięciem na widok krwi i igieł, a przy porodzie nawet nie mrugnął 🙂 Mam nadzieję że podejmiecie decyzję komfortową dla Was obojga 🙂

  3. Rodząc pierwszego miałam na telefonie mamę, babcię, moją polską gin i grono przyjaciółek, które jednak przez takie doświadczenie wcześniej nie przeszły więc ich wsparcie psu na budę. A dookoła same nieznane twarze, bo męża mi odesłali do domu “żeby odpoczął”. Nosz k***a. Ja rodziłam a on miał odpoczywać. Pojawił się w finale, po to, żeby przytakiwać położnym, które traktowały mnie jak osobę bez władzy nad własnym umysłem, a ja rzeczywiście byłam zbuntowana, bo dokładnie wszystko robiły mi wbrew, bo tak im było wygodnie. W wielkim finale mężczyzna mojego życia wziął i zemdlał na dźwięk nacięcia, bo raczej widoku na mnie nie miał stojąc mi za głową. Wszyscy rzucili mu się na pomoc. Po tym wszystkim powiedziałam mu, że to była tak potężna zdrada wobec mnie, że chyba bym wolała, żeby sobie może poszukał jakiejś innej kobiety, bo jestem w szoku, że w ten sposób się zachował. Bardzo długo trwało wytłumaczenie mu, że on tam był dla mnie, że miał stać na straży mojego dobrostanu, a nie przekonywać mnie, że ktoś inny wie lepiej. Nikt nie wie. Bo akurat byłam w tamtym momencie jedyną rodzącą w całym towarzystwie. Przy drugim podejściu już wiedział co robić, grzmiał i huczał na personel, odstraszył położną z poprzedniego porodu i miałam zupełnie inną kobietę przy sobie, pierwszy wziął na ręce naszą córeczkę, a na koniec wywalczył dla nas osobny pokój. Wszystko to piszę po to, żeby powiedzieć, że za drugim razem jest więcej pożytku z faceta 😉 i jeszcze, że ty jesteś najważniejsza w tym wydarzeniu i powinno być tak jak ty chcesz i trzeba to uszanować. Basta bim bum bam 🙂

    1. No ta twoja opowieść o porodzie mogłaby służyć za kanwę jakiegoś horroru dla położnic…

      Zastanawiam się, jak wyciągnąć z tego element, który pasowałby do naszej rzeczywistości – dla obojga będzie to drugi poród, ale dla nas razem – pierwszy. Nowy szpital, nowe twarze – na szczęście teraz, 15 lat później doskonale rozumiem co do mnie mówią (a za pierwszym razem nie rozumiałam chyba niczego poza : proszę przeć ! )
      Znamy się może nie jak łyse konie, ale już jakiś czas, i oglądaliśmy sobie chyba wszystkie zakamarki ciała – faktycznie, niekoniecznie w tak ekstremalnych warunkach, jakim jest poród.
      Znamy się również na tyle bym bała się właśnie tego jego omdlenia, a później i wyrzutów sumienia (nie podołałem a innym się udało), stad pomysł, by jednak tę pępowinę przecinał.
      Poza tym, ja jednak mam 40 lat i co było naturalne dla dwudziestolatki, dla czterdziestoletniego ciała, którego mam świadomość i chyba inne do niego podejście – już niekoniecznie.
      No ale wciąż nie zapadła we mnie decyzja, jak to się potoczy.

      1. Morał jest taki, że jeżeli mąż ma być przy porodzie to tylko jeżeli ty tego chcesz, jako obrońca i rzecznik swojej żony, ma dopilnować, żeby twoje życzenia przekuwać w rzeczywistość, a nie być tam jako obserwator cudu i dlatego, że on tak chce, sobie wyobraża, że powinien i że wszyscy tak. To chciałam w swym przydługim wywodzie powiedzieć. Hough. :*

  4. U nas będzie cesarskie cięcie i się bardzo zdziwiłam, gdy mąż mi powiedział, że on chciałby przy mnie w tym czasie być. Po tej samej stronie parawanu. Gdy wcześniej rozmawialiśmy o naturalnym porodzie to też chciał być. W myśl zasady- razem plodzilismy razem rodzimy 😉 i bardzo mnie tym rozczulił. Chociaż się obawiam tej całej seksualności po, to cieszę się, że on chce być blisko, okazać wsparcie i przechodzić przez wszystko razem ze mną, bo mimo, że facet nie poczuje okoloporodowego bólu to odczuwa ból niemocy i bezsilności, który moim zdaniem jest bardzo, bardzo silny i pozwala nam innym okiem spojrzeć na bliskich i to co do nich czujemy.
    Nie wiem, czy pozwolą mu być przy mnie podczas cc, ale będzie mógł być po, żeby się mną zająć. I wolę w tym męża niż matkę. Ona się już mną nazajmowała 😉 oby tylko zdążył dolecieć :p

    1. Na pewno zdąży, Sylwia, trzymam za to kciuki.

      No ładnie to napisałaś, bardzo to romantyczne i argumenty męża o wspólnym przechodzeniu tej ciąży jak najbardziej są rozczulające.
      Póki co ciąża w naszym wydaniu nie przebiega tak romantycznie (chodzi mi o układy między nami).
      No i może fakt, że mną się mam zajmowała przez czas krótki – a teraz pisząc to to nawet zdaje sobie sprawę że w ogóle w większości takich „kobiecych sytuacji” (nieudane karmienie piersią, połóg, antykoncepcja a później jej odstawienie, poronienie?) byłam zawsze sama. Nie to, że się skarżę, i nie to, że poradzę sobie po swojemu – może po prostu to, naprawdę wolałabym przy moim boku jakąś życzliwą mi kobietę, która po prostu wie jak to jest, niż najbardziej uczynnego, kochającego i cierpiącego ze mną bezsilnego mężczyznę.
      Wolałabym, żeby naprawdę był właśnie w stanie zająć się mną raczej „przed”
      I „po”, na codzień, niż tak „symbolicznie” w trakcie…

      1. Bardzo mi przykro i w świetle Twych doświadczeń nie dziwię się, które towarzystwo byloby dla Ciebie lepszym wsparciem. My straciliśmy (i nadal tracimy) przez odległość wiele chwil. Może dlatego wolę tego cierpiącego u mego boku 😉 przy pierwszej ciąży była przy mnie mama, a ja cały czas czulam, że to nie tak powinno być, chociaż ona stawała na głowie i dawała mi dużo przestrzeni. Później po narodzinach, jak wół chciałam wszystko sama, bo to moje dziecko i wmowilam sobie, że muszę sobie radzić sama. Teraz muszę się nauczyć dzielić dziecmi- tym pierwszym i tym jeszcze nienarodzonym i łatwiej mi było podejmować decyzje kiedy byłam sama, bo zależałam tylko od siebie, był tylko mój punkt widzenia i mogłam ale nie musiałam sie z nikim dzielić, a teraz musze się nauczyć dzielić, rozumieć i iść na kompromis. Cały czas staram sie traktować męża, tak jak ja bym chciała być traktowana i on podobną drogą idzie. I rozumiem i Ciebie i Twojego męża. Może mógłby czekać za drzwiami/za szybą, że gdybyś zmieniła zdanie, by mógł dołączyć? Lub “oddaj” mu jakieś pierwsze zadanie 😉 może niech wraz z poloznymi obetrze dziecko, niech poda Ci dziecko? A może chwila kangurowania dla taty? W kącie niech usiądzie, w wygodnym fotelu i potrzyma dziecię w ramionach chwile po porodzie? Coś żeby nie poczuł się całkiem odrzucony. Zdaje się sobie sprawę, że nie znam szczegółów Waszych doświadczeń. Mam tylko przed oczami mojego tatę, który nie pokazuje emocji,a ze łzami w oczach opowiadał, że mnie i moją siostre po narodzinach mógł oglądać z chodnika, gdy moja mama pokazywala mu nas z okna na piętrze i ze serce mu wtedy pekalo, że nie wolno mu do nas wejść, bo mężczyźni nie mieli wstępu. Gdy mój brat się urodził to już mógł wejść na salę poporodową i z rozczuleniem opowiada o widoku mojej mamy i dziecka w jej ramionach…
        Trzymam kciuki by udało Wam się znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujace Was obydwoje 🙂

        1. Hm, dobrze, że mężczyźni mogą już być na porodówce, nie ma tu wątpliwości. Na pewno w mojej intencji jest by mój mąż i ojciec mojego syna był obecny w szpitalu, żeby był z nami przed i po porodzie. I na to kładę największy nacisk, żeby był tu ze mną w tych chwilach. Żeby był „czynnie”, a nie po prostu „był” i się nam przyglądał.
          Ja po prostu mam wątpliwości co do samej akcji porodowej, i już nie mówię nawet o mdleniu na widok krwi czy igły. Ból nie należy do przyjemnych, ja po prostu nie widzę sensu żeby ktoś inny niż położna (bo mam nadzieje ze się obejdzie bez gina) mi się patrzył między nogi. I nie dlatego, że jestem pruderyjna, po prostu cud poczęcia polega według mnie na przejściu z jednego świata do drugiego i niemi, bezradni obserwatorzy są temu zbędni. Natura tak nas urządziła, ze rodzące tez nie widzimy co się tam dzieje. A później symboliczne przecięcie pępowiny to jest zupełnie inna bajka…

  5. Wolność i wolna wola – to najpiękniejsze dary jakie możemy podarować drugiemu człowiekowi. Niech on zadecyduje. Ja osobiście uważam, że porody nie są dla mnie, więc po pierwszym razie nie pcham się do pierwszego rzędu…

    1. Dziękuję za pierwszy męski punkt widzenia w tej spawie.
      Jakby było dobrze, gdyby ta zasada o wolności i wolnej woli działała w obie strony…

      Ze za pierwszym razem chciałeś być przy tym, czy była to ogólna tendencja (wszyscy są obecni)?

  6. a ja sie zgadzam z ag, facet powinien rozumiec, ze to jest jednak Twoje, mega trudne doswiadczenie i jezeli on chce tam byc, to tylko po to, zeby miec pewnosc, ze masz zapewniony maksymalny komfort; moj maz byl przy porodzie, sprawdzil sie, bo umyl lazienke /mam swira na tym punkcie/ i jak widzial, ze cos sie dzieje, to biegl po polozna, poza tym siedzial cicho w kącie i czytal, byl przydatny, ale ja nie mam romantycznej wizji porodu, bo to bol i krew, a wtedy demony raczej kraza niż amorki… wiec jezeli pan podpisze, ze rozumie, jaka jest jego rola, to prosze bardzo 😉 a poza tym, to bym sie fochami nie przejmowala, w koncu to Ty jestes w ciazy, Ty masz prawo do szalenstwa hormonow i to Ty bedziesz musiala to dziecko urodzic! facet NIGDY nie zrozumie jakiego rodzaju jest to doswiadcznie! Trzymam kciuki <3

  7. Ja byłem przy pierwszym porodzie, na drugi niestety nie zdążyłem. I żałuję. Bo jest to niezwykle emocjonalne przeżycie.
    Ja bym temat podzielił na dwa-czas porodu oraz sama finałowa akcja. Bo przecież może to trwać godzinami i wtedy jego wsparcie i oglądanie bólu to inna kwestia. Ja nie wiem bo u nas poszło ekspresowo.
    A druga rzecz to sam poród i szczerze mówiąc jest to takie przeżycie że nie ma to nic wspólnego z romantyzmem ani seksualnością. Jakby nie patrzeć nie macie 17 lat, macie świadomość swoich ciał i tego co się może tam wydarzyć. Oczywiście każdy ma inny poziom wrażliwości ale ta trauma poporodowa mi była zupełnie obca.
    Natomiast gdyby mi żona powiedziała że chce rodzić sama bo to jej ciało a poród to sprawa kobieca i mi nic do tego to też miałbym żal. Co innego gdyby powiedziała że to sytuacja tak ekstremalna że dla jej komfortu wolałaby być w towarzystwie kobiet. Tak czy tak ja bym jej samej nie zostawił. Bo potrzebny jest tam ktoś kto ma kontrolę nad sytuacją, kogoś zawola na kogoś krzyknie. Bo jak wszystko jest ok to jest ok. A jak by nie było to miałbym do siebie wiecznie pretensje że mnie nie było tam gdzie powinienem.

    1. No wlasnie ja zupelnie nie wiem, czy potrzebny jest ktoś kto krzyknie. Serio. Chyba mam jakies niedokładne wspomnienia, moze po prostu wywolywano u mnie ciaze i to tez inaczej wygladalo…
      Z opowiesci znajomych i wlasnych wposmnien mam jednak obraz szpitala, w ktorym po pierwsze pracuja bardzo rzeczowi zawodowcy, chodza, monitoruja, objasniaja co i jak, pytaja czy czegos nie trzeba. I chyba wiecej jest niz w Polsce kobiet rodzi bez towarzystwa mezczyzny, z roznych przyczyn, bo moze sa samotne, bo moze kultura tego nie wymaga. I personel jest do tego przyzwyczajony.

      Musze sie jeszcze raz przeczytać, bo jeśli zrozumiałeś, ze uwazam ze to moja cialo, moja sprawa, to tego nie mialam na mysli.

      No i mnie najbardziej chodzi o to zagladanie mi miedzy nogi, fakt – moge poprosic zeby sobie stal przy glowie. Naprawde ciezko mi zrozumiec chec jednoczenia sie w bolu…
      Ale bardzo chcialabym, zeby byl gdzies za drzwiami. Moja corka po urodzeniu, jeszcze tego samego dnia byla eskortowana do innego szpitala na kardiologie, i bardzo sie ciesze, ze jej ojciec byl wowczas w szpitalu, i ze mogl z nia pojechac w jednej karetce – i to jest zupelnie jego miejsce, ba, tu bym powiediala nawet – nie moje! bo ja po prostu bylam wykonczona, powiedzieli mi ze zabieraja dziecko na konieczne badania, w towarzystwie meza i zebym sie nie martwila. Taka pomoc to rozumiem…

  8. Jeśli będę mieć kiedykolwiek dziecko – nie wyobrażam sobie, by męża przy porodzie nie było. (Ba, uważam wręcz, że każdy mężczyzna na świecie powinien być obowiązkowo przy porodzie każdego ze swoich dzieci – ale to już inna sprawa).

      1. Zgadzam się, to jest właśnie kwestia kontroli, jeżeli powierzam się opiece innych osób w tak delikatnej fizycznie i psychicznie dla mnie sytuacji, to chcę, żeby był że mną ktoś, kto zadba o mnie jeżeli z jakichś powodów (cierpienie, nieczułe położne, krytyczna sytuacja) stracę tę kontrolę. Ale nie widzę tam żadnego pożytku z człowieka, który przeżywa to bardziej ode mnie i to ja jego miałabym “trzymać za rączkę”, bez urazy, może to być całkiem normalna sytuacja w związku, ale nie na sali porodowej.

  9. O ja w zyciu nie chcialabym rodzic w towarzystwie innych kobiet! Nigdy w towarzystwie mojej mamy a jakby tesciowa chciala mi towarzyszyc to bym psem, ktorego nie mam, poszczula! Za to bardzo potrzebny jest mi wtedy ojciec dziecka. Akurat trafil mi sie taki, ktory nie mdleje i jest w stanie mnie odstresowac, wiec super. Poniewaz zawsze wybieram porod naturalny, to polozne zostawiaja nas przez dluzszy czas samych, gdy bole nie sa jeszcze paskudne gadamy sobie, zartujemy. Podczas porodu aktywnego odsuwa sie w cien. Pepowiny nie przecina, bo nie lubi. I niech widzi, ze porod latwy nie jest, niech widzi ile mnie wydanie na swiat dziecka kosztuje! Poza tym zawsze uczulam go, zeby jak juz sie dziecko urodzi nie odstepowal go na krok, podczas gdy ja odpoczywam. Gdyby jednak trafil mi sie taki facet mdlejacy to bym wolala sama rodzic, tzn z jakas polozna lub lekarzem.

    1. 🙂 ja mam bardzo fajną teściową, do tego byłą pielęgniarkę z bloku operacyjnego… i fajne przyjaciółki 🙂 No i mdlejącego faceta.
      Na szczęście do porodu sporo czasu i jeszcze się z tym zagadnieniem oboje prześpimy 🙂

  10. Syn! Super! Gratulacje! :*

    Tak mi się skojarzyło motto moje rodzinne – ekipa pstrąga, zawsze pod prąd 😉 takie trochę odnoszę wrażenie, że robisz problem, gdzie go nie ma. Swoją wole Ben wyraził, skoro chce, niechaj jest. Ostatecznie rodzi mu się SYN!
    Wiem, że rodzisz Ty. Znam te uczucia, wątpliwości, wiem, dlaczego chciałabyś by u Twego boku była kobieta (zawsze przecież może być mimo obecności Bena).
    Ja wiem jedno. Po obu cesarkach mój mąż kangurował chłopaków – i nie wiem, czy jest coś bardziej zbliżającego ojca do syna niż ten właśnie czas, kiedy we względnym spokoju ma on czas namacalnie doświadczyć tego, co spłodził. To jest ten moment kiedy rodzi się więź, taka inna, ale trochę podobna do tej, którą dziecko ma z matką, ostatecznie z nią mieszkało już od jakiegoś czasu.
    Zemdleje czy nie, to już nie Twój problem. Przypuszczam, że od czasu pierwszego porodu, tak samo jak i Ty, przebył on dłuuugą drogę w swojej głowie.
    P.S. co do obsługi siuroków, spoko, nie ma z tym większego zamieszania 😉
    Ściskam!

    1. Dzieki 🙂
      Z tym pstrągiem – no tez tak mi sie wydaje :))))
      W sumie, to dobrze ze jeszcze duzo czasu przed nami i ze zaczelismy o tym rozmawiać teraz, na pewno na czas porodu cos sie wyklaruje 🙂

  11. Myślę, że w trakcie porodu chciałabym, aby była ze mną przyjaciółka lub mama. Jednak kobieta była by bardziej świadomą pomocą.A mój mąż mógłby mi kibicować z niewielkiej odległości lub za drzwi 😉

  12. hmm wszystko zalezy od tego, jak Wy między sobą ustalicie. Co jest dla Was ważne itd…Jeśli mąż chciałby uczestniczyć, to czemu nie? Zawsze to jest wsparcie! ja osobiście bym bardzo chciała

  13. Prawie rok temu miałam podobny dylemat: zastanawiałam się, czy obecność mojego męża nie wpłynie negatywnie na nasze życie seksualne (i tak utrudnione po porodzie i z maluchem w kołysce zawsze obok) i w konsekwencji na całe nasze wspólne życie. Milion myśli przed porodem i w końcu niepewna decyzja, że jednak przeżywamy to razem. W dniu porodu zero wątpiwości, że potrzebuję go obok. Gdyby nie Paul, to serio nie wiem, jakbym to przeżyła psychicznie, tym bardziej, że poród dwunastogodzinny i bardzo bolesny. Dopiero w trakcie zdecydowaliśmy się razem na péridurale, dobrze, że był ze mną, łatwiej coś razem postanowić. Wcześniej ustaliliśmy jedną zasadę: jesteśmy tam razem, ale on nie patrzy mi w krocze, tylko “trzyma za rękę”. W ten sposób zachowałam namiastkę intymności a otrzymałam wsparcie w postaci obecności i ogarniania wszystkiego naokoło, a On mógł przyjąć synka na świat i od razu się nim zajmować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *