Dziewiąty

I tak zaczął się dziewiąty. Dziewiąty miesiąc ciąży. Tydzień trzydziesty szósty. Czas, kiedy zaczynam słyszeć : o, ja już urodziłam w tym tygodnie, o, to już niedługo…

Wiele rzeczy się wydarzyło w ostatnich dniach i tygodniach. Jednym z wydarzeń, które mną wstrząsnęły (i trzyma mnie to do dzisiaj) i powiem szczerze, postawiły mnie w pewnej perspektywie co do codzienności, jest tragedia, która dotknęła moją znajomą z fb.

Na pewno wiecie, ze na fb można znaleźć grupy odpowiadające zainteresowaniom każdej osoby. Jestem zatem w grupie dziewczyn, których termin porodu wyznaczony jest na sierpień (i wiem, ze niektóre z nich czytają mojego bloga). Uważam, ze to bardzo dobry pomysł, sam w sobie. Można sobie ponarzekać na nieprzespane noce, ciągłe łażenie do toalety, omówić swoje wyniki badań, wymienić się pomysłami, pochwalić przygotowaniami… Porozmawiać na tematy, na które “nieoczekujący znajomi” niekoniecznie maja ochotę sie wypowiadać. Jak to często bywa, gdy się z kimś rozmawia codziennie, mimo tego, ze się nie znamy “na żywo”, tworzą się więzi. Dlatego tragedia o której pisze, dotknęła mnie – poniekąd – osobiście.
Serduszko dziecka, które nosiła ta koleżanka przestało bić. Nie wiemy z jakiego powodu.

Ta śmierć dziecka jeszcze nienarodzonego wpłynęła na moje samopoczucie i pośrednio na moje spojrzenie na ten czas ciąży, który jeszcze mi pozostał.

Brutalnie przestawia się hierarchia ważności. Chciałabym wyrazić się jasno : tak, nadal mam kaprysy, na przykład żeby przywitać Stasia w czystym i zorganizowanym mieszkaniu, ale nagle nie jest to w ogóle wyznacznik czegokolwiek innego jak mojego kaprysu. Odkrywam w przyspieszonym tempie sztukę „not giving a shit”.

Na razie mam w ogóle taki okres, kiedy najchętniej leżałabym w lozku, grała w (durne) gry (Hustle Castle) albo uprawiała medytacje (nie myślała o niczym).

Zdecydowałam się wykupić te receptę, która dostałam od gina ze dwa miesiące temu, na środki przeciw bezsenności. To dla mnie nagle stało się bardzo ważne : przespać noce, bez koszmarów, bez rozmyślań, bez głupich scenariuszy.

***

W poniedziałek z domu wyprowadziła się moja córka. Nie mogę powiedzieć, ze się już z tym pogodziłam, ale po czterech nocach głębokiego snu przyjmuję to spokojniej.

***

W weekend byliśmy na weselu u dobrych znajomych. Wiedziałam, ze rodzice Pana Młodego są hodowcami bydła na mięso (tzw charolaise), ale… Nie spodziewałam się, ze nie będę miała czego jeść przez cały dzień i pół nocy. Niestety, nie podano żadnych warzyw, ani przystawek, ani sałatek. Zjedliśmy obiad w restauracji, później zaczęła się uroczystość a o 17h impreza. W końcu koło 20h poprosiłam o suchy chleb.

Ojciec Pana Młodego wyszedł na scenę i zrobił nam wykład na temat tego, ze jesteśmy mięsożercami, ze jako hodowca kocha swoje zwierzęta, ale jej je, bo po to je hoduje, ze krowa, która goście mieli w talerzach miała 4 lata i została ubita półtora miesiąca przed weselem, miała wiele dzieci i piękne życie. Rozumiem, ze jest dumny ze swojego trybu zycia, ale taki skecz miał miejsce 2 razy w ciągu wieczora, przedstawił nam przy tym swoich przyjaciół rzeźników itp. Przy drugim przemówieniu wyszłam „przepraszam, do toalety”. Przyszła tam moja mocno wstawiona znajoma (która nazywamy czule Doktor House) i zaczęła mi się tłumaczyć : „wiesz, jako neurochirurg musze robić doświadczenia na myszach, gdyby w tej dziedzinie były inne metody, to bym je stosowała, jem mięso, ale coraz mniej, ale to wystąpienie wszystkich nas zniesmaczyło”. Właściwie nie rozumiem, po co ludzie mi się tłumacza i spowiadają z powodów dlaczego jedzą mięso, skoro ja nie czuje potrzeby ani tłumaczenia co jem i dlaczego i w rozmowach prywatnych, niepytana, się na ten temat w ogóle nie wypowiadam…

Byłam trochę wściekła na moich dobrych znajomych, bo mogli mi powiedzieć, ze dla jednej osoby nie maja szansy przygotować osobnego menu, czy mam jakiś pomysł, co z tym zrobić. Przyniosłabym moje własne słoiki i dyskretnie wypełniła sobie talerz, a tak… Polak zły to głodny, ale głodna BabaJoga w ciąży to jest wcielenie Wkurwicy. Podobno po północy były jakieś owoce, ale opuściłam wesele przed pierwsza i nie dotrwałam do deseru.

***

Wczoraj miała również wjechać ekipa remontująca. Przepraszam, ze o tym wciąż smęcę, ale moja Chatka nie przypomina Chatki od kwietnia. Dla mojego Małża, podróżującego po uroczych, paryskich biurach różnych ministerstw, tudzież siedzącego cały boży dzień w biurze lyońskim, „2 czy 3 tygodnie różnicy” nie sprawia różnicy. A mnie atakuje widok przeróżnych przedmiotów, które tymczasem są bezmiejscowe.

Czekałam zatem od rana (przyjdziemy „w drugiej części ranka” słynne francuskie fin de matinée”). Przyszedł pan o 13h30. Oczy mu się świeciły, jechało alkoholem na odległość. Jak wiecie, mozg mój pracuje dużo wolniej niż kilka miesięcy temu, wiec na pytanie: „czy mogę prosić o klucze? wniosę materiały”, zareagowałam automatycznie i dałam mu te klucze. Ale dotarło do mnie, ze nie ścierpię pijanego fachowca w moim domu.

-Przeszkadza mi, ze przyszedł Pan do pracy po alkoholu. Czy ma Pan zamiar pracować sam ?

-Tak, sam. Ale ja nie piłem, ja jestem zmmęeeczony

Zadzwoniłam do Męża. Firma należy do ojca jego pracownicy, czyli niby „po znajomościach”. Zrób coś. Pomijam szczegóły, idę do sedna : przyjechał właściciel firmy, tez po „obiedzie z klientem” czyli wstawiony jak i pracownik.

-No jest gorąco, jedno piwo czy dwa do obiadu i człowiek nie reaguje tak jak powinien…

Ale co mnie to obchodzi ? Spożycie alkoholu jest sprawa prywatna, ale jako klient mam chyba prawo wymagać, aby człowiek, który pracuje u mnie w domu był trzeźwy. A jako DDA dodam, ze nie znoszę ludzi, którzy pija w pracy alkohol w ciągu dnia (wieczorem to insza inszość).

Wyprosiłam ekipę, sytuacja jest raczej nieprzyjemna, „trwa sezon wakacyjny, fachowcy są na urlopie”… Trzymajcie mnie, facet wie mniej więcej od kwietnia, ze będzie interweniował, nie mógł przewidzieć normalnej ekipy ?

Godzinę później, spóźniony, przychodzi do mnie stażysta. Wchodzi, ani dzień dobry, ani pocałuj mnie w dupę, kieruje się do pokoju, spanikowany pyta, a gdzie mój kolega ? Wyjaśniłam, ze szef go odesłał do domu. Zadzwonił do biura, przy okazji zebrał baty za spóźnienie.

Uspokajałam się kilka godzin (znowu miałam skurcze…) a później napisałam mejla z reklamacją. Sytuacja jest nieciekawa, ze względu na wmieszanie w sprawę ubezpieczalni oraz powiązania towarzyskie. Mąż wyciął 80% treści, poprawił błędy, i tak wciąż nie otrzymałam odpowiedzi.

Szanse, ze będę miała wyremontowana sypialnie przed porodem znów maleją. (Cena zasad ?)

***

Ponieważ się wyspałam, i już wiem, ze czystego mieszkania mieć nie będę przez długi czas, postanowiłam, dziś rano, ze zajmę się rzeczami jeszcze bardziej podstawowymi niż wicie gniazdka. Słucham i czytam uważnie, co mówią różne Mamy o okresie połogu. Na przykład o tym, nie maja czasu gotować. Nie mam co liczyć na to, aby Mąż mi przygotował zbilansowany posiłek, złożony z roślinnego białka, węgli i tłuszczy, z witaminami i mikroelementami. Dlatego wróciłam właśnie z targu i sezon na „gotowanie do zamrażalnika” uważam za otwarty.

Na razie przewidziałam sobie :

  • ratatouille
  • pierogi z kapusta i grzybami
  • krokiety z kapusta i grzybami
  • pierogi z ciecierzyca
  • falafele
  • burgery warzywne i to w trzech odsłonach : z marchwi, z burakow i z pieczarek
  • zamrożę tez owoce sezonowe (wciąż mamy truskawki i maliny), tak, żebym mogła sobie wieczorem nastawiać „nocna owsianke/jaglanke”

I tak staram sie trzymać nerwy na wodzy, choc planowałam raczej “korzystać” z czasu, gdy jestem jeszcze w granicach rozsądku “wolna” i spedzić okres w krainie Bisonoursów (czyli nie dopuszczać do siebie żadnych złych wiadomości)

10 odpowiedzi do “Dziewiąty”

  1. Widzę się jak w lustrze w twoim wpisie, mój dwutygodniowy pobyt na patologii ciąży przed urodzeniem Filipa uświadomił mi dokładnie to o czym piszesz. Sztuka “notgivingashit” jest ogólnie konieczna w życiu do przetrwania w ogólnym zdrowiu psychicznym, oczywiście kiedy sytuacja tego wymaga, bo co myślę o tych panach ma rauszu, to już wiesz. Piękny jadłospis! Wcale się nie dziwię, że jesteś wyrzutem sumienia dla rzeźników na weselu, szkoda tylko, że musiałaś głodować przez ich niereformowalność! Straszne, że nikt o tobie nie pomyślał. 🙁 a tym bardziej o Stasiu!

  2. Niesamowite, ze to juz prawie! 🙂 przeciez pamietam jak bylas na etapie staran…. licze, ze dasz nam znac kiedy Stas sie urodzi;) podst parametry i jak bylo….bardzo wzruszaja mnie nowonarodzone dzieci:)
    Co do rzeznikow – u nas tak wyglada wies i imprezy na wsiach. Miesa do obrzygu (pardon) oraz alkoholu…. ciekawia mnie zawsze Twoje opowiesci o Francji, jej zwyczajach i drobiazgach codziennosci. Po tylu latach dla Ciebie to norma, a dla mnie ciekawostka.
    Co do ekipy – dobrze zrobilas. A jakby cos Wam zniszczyl albo sam sie poturbowal pijany? Niech sie wstydzi jego szef a nie Ty! Szkoda tylko, ze ze wzgledu na ciaze musisz zachowywac spokoj i ten remont sie odwlecze. Sprawdz kolejna ekipe zanim przyjedzie?
    Podziwiam Twoja umiejetnosc gotowania i zywienia sie wege. Ja dopiero sie ucze. Musialam wykluczyc wszystkie bialka zboz z glutenem oraz zwierzece bo jestem uczulona. Zostaly mi ryby, jajka, drob i owoce/warzywa. Niektore tluszcze. Dosc ciezko mi z tymi ograniczeniami szczegolnie poza domem. No i cale jedzenie musze przygotowac sama bo na miescie nie mam co zjesc.
    Wiec dobrze rozumiem Cie w tych sprawach.
    Jestem pewna ze wszystko bedzie ok:) z Toba, Stasiem, mezem i reszta swiata!

    1. Dziękuję ślicznie 😉

      „Problem” z żywieniem się wege polega na tym, że po pewnym czasie zmienia się smak, nie wiem jak to wytłumaczyć, kubeczki smakowe jakoś inaczej reagują? I nie potrafię ze smakiem zjeść mięsa czy ryby.
      Czasem zdarza mi się zjeść coś z jajkiem (kiedy nie chce mi się gotować a gotuje mój mąż i robi swoje ulubione „ziemniaki z jajkiem”,
      Ale generalnie nie smakują mi dania mięsne…
      Trzymam kciuki za Twoje stopniowe wprowadzanie kuchni bezmięsnej w życie 😉

      1. Zgadza sie! Od 2 lat jem znacznie wiecej owocow i warzyw i w zasadzie zadnej przetworzonej zywnosci (poza wyskokami) i juz smakuja mi tylko naturalne smaki. Slodycze sa za slodkie! Ukochane kiedys wieprzowe kielbasy za tluste i zbyt slone! Odkrywam cala game nieznanych mi dotad jak baklazany (uwielbiam!)i rozne inne. Planuje zakup ksiazek kucharskich bo musze od nowa nauczyc sie gotowania! Z miesa smakuje mi teraz tylko swiezo pieczony kurczak oraz indyk z jablkami i ziolami. No i ryby. Nie przymuszam sie ani nie pospieszam w kwestii niejedzenia miesa. Po prostu stopniowo poznajac nowe smaki i czujac te nieslychana lekkosc bez jedzenia miesa – jem je coraz rzadziej. Uwielbialam jogurty, sery, serniki ale sa dla mnie zakazane. Ucze sie zyc bez nich. Mam nadzieje ze coraz lepsze zdrowie zmotywuje mnie dosyc zeby dalsze zmiany wprowadzac. Ale trudne to w swiecie mieso- i gluteno- oraz mleko-zercow😯 a co Toba kierowalo i jak przeszlas na wege i kiedy?

  3. Współczuje. My mamy remont za ściana od 12 maja przy czym właściciel nie pamięta ( wg biega to niedawno) tyle ze ja i mam zapisane i te huki od7:30 nagrane. Co trochę coś się psuje ( wczoraj do 2 a właściwie dziś do 2 w nocy zabawa ze spłuczką , szerszenie , szczur w ścianie znów i tak można wylicza i wyliczać ). Perspektywa końca remontu niestety daleka.
    Współczuje Ci ze nie miałaś co jeść na weselu 🙁 . Trzymaj się tam i nie daj się . Odpoczywaj . A tych po % dobrze ze pogoniłaś.

  4. Agnieszko, bo może nie będzie już okazji – szczęśliwego rozwiązania! Trzymam kciuki za Ciebie, Tatę Bena i Stasiątko!
    Ściskam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.