Wspomnienia z pobytu w szpitalu Croix Rousse

A wszystko zaczęło się w chwili, kiedy otrzymałam od Męża esa o treści :
“Tu są te twoje dziury w ścianach, nawet zainstalowałem haczyki”.


Bo prosiłam go od tygodni, ba, wierciłam mu dziurę w brzuchu, żeby je wywiercił w pokoju Stasia, bo chce zamontować karuzelę Munari nad miejscem do zabawy.

Zostałam przyjęta do szpitala publicznego na Croix Rousse w czwartek wieczorem, po wizycie, na której zasygnalizowałam, że mniej czuję ruchy dziecka.

Kiedy w piątek rano przeczytałam, że oto są te moje dziury, poczułam pierwsze konkretne skurcze. A przecież pani położna, która mi aplikowała 30 minut wcześniej żel z prostaglandynami (dzięki ag za sprecyzowanie :)) zapowiedziała, że za 2 godziny popatrzymy jak się sytuacja rozwija.
Tymczasem rozwinęła się tak, że nagle przyszło do pokoju więcej osób popatrzeć na parabole , ponoć były książkowe, a kiedy tylko Mąż dotarł do szpitala, znaleziono nam salę porodową dwa piętra wyżej.

Tam przyszła ekipa znieczuleniowców i wyprosili z sali Męża. Ekipa to pani pielęgniarka i anestezjolog-stażysta. I tak sobie przy mnie rozmawiają, „że nie rozumiem dlaczego Martine nie pozwala stażystom robić peridurale, przecież jakoś kiedyś musicie się nauczyć”. Pięknie myślę sobie, proszę, można uczyć się na mnie. “Proszę pani, podczas trwania skurczy nie możemy kłuć, więc proszę mówić kiedy nie ma skurczy”. Nie wiem, chyba teraz nie ma, pan wyciąga te igłę, ja odwracam wzrok, znowu nadciąga ból… i tak „zastrzyk w kręgosłup” robił mi na raty ( bo skurcze były praktycznie jeden za drugim) pan, który sobie żartował : „proszę korzystać z ostatnich momentów bólu”.
Między sobą rozmawiali o szpitalnych ploteczkach „ my tak sobie tu obmawiamy kolegów, ale pamiętamy o pani, proszę się nie przejmować”.
W odpowiedzi usłyszeli mało grzeczne „ je m’en fous”.

Po znieczuleniu faktycznie przestałam odczuwać ból. Mąż wrócił do sali, siedział i komentował monitoring : “ooo, tu masz taki potężny skurcz teraz, o trwa skubany, o następny …”. Czym mnie widocznie znudził bo zasnęłam. Czasem słyszałam “maszynę, która robi ping” , Męża który się pyta “czy to normalne, że ona śpi”. Spałam tak sobie aż obudził mnie the skurcz. To kłamca z tego stażysty, pomyślałam i zgodnie z zaleceniami (jeśli boli to proszę dzwonić) wezwałam położną. Zajrzała mi między nogi, zawołała koleżankę, rozstawiła stół i 13 minut później Staś był już po naszej stronie świata.
Byliśmy w szoku, ze tak szybko. Przygotowałam się na godzinę – dwie parcia.
A tu bum. Położna mnie pochwaliła : No naprawdę dobrze pani parła !

Bo skorzystałam z tipsów od mojej położnej “z miasta” :

  • podczas skurczy buczałam sobie (bo żadnym śpiewem przedporodowym, bądźmy szczerzy, tego nazwać nie można) mmmm, baaaaa itd
  • Kiedy położna mówi : “przyj”, to przyj jakbyś chciała zrobić dwójeczkę, a dodatkowo podbródek do piersi, wstrzymaj na początku powietrze i “wciagnij” górę brzucha. To może skomplikowanie brzmi ale w moim przypadku było dość skuteczne.
  • Zapomnij o wstydzie (znów dwójeczka,jesli wiesz o czym mowie… Położne nie takie rzeczy widziały…)

Stasiu wyszedł tak szybko, ze chyba nawet on był zdziwiony.
Oczywiście ze się popłakałam. Ze szczęścia. Trochę z żalu? że to już?
Był taki moment, że zsiniały zwisał z ramion położnej, była cisza zamiast krzyku a ja zamarłam. Wynieśli go z sali, ja wydalałam łożysko a położna mi mówiła : słyszy pani? To pani syn krzyczy. Odessano mu te zalegające gluty i już było dobrze.

Kiedy byłam już zszyta, Stasiu znalazł się przy mojej piersi.
I tu zonk. Położna spojrzała na moje piersi i przyniosła silikonową nakładkę.
Ale ja nie chcę tego (w sensie – chce naturalnie, przecież !)
Położna spokojnie : sugeruję żeby zacząć z nakładką.
Mąż, mniej spokojnie : bierz tę nakładkę !

Miałam na tyle przytomności umysłu, żeby posłuchać męża i położnej.
I bardzo Mężowi dziękuje za to, źe naciskał bo dzięki temu zaczęła się nasza – Stasiowa i moja – droga mleczna, o której też Wam napiszę

Po niecałych dwóch godzinach zabrano nas do naszego pokoju. Był niezły tłok na porodówce i ze tak powiem, trzeba było zrobić miejsce dla następnej rodzącej.

Miałam dużo szczęścia bo był wolny pokój jednoosobowy. Większość jest jedynek, ale kiedy porodówka jest przepełniona, można trafić na dwójki.
W porównaniu z moimi wspomnieniami sprzed 15 lat, nie rodziłam wówczas w szpitalu St Luc-St Joseph, ale raczej w hotelu pięciogwiazdkowym. Na oddziale Maternité B szpitala Croix Rousse nie bylo luksusów na przykład w postaci klimy, ale i tak było bardzo komfortowo.

Pokoik

Łazienka

Mini-łazienka do przebierania dziecka

Ale przede wszystkim, prawdziwym skarbem tego szpitala jest jego personel. Oczywiście, jest to duży szpital i ekipy są raczej liczne, zdarzyły się dwie czy trzy osoby bardziej zmęczone lub mniej profesjonalne, ale ogólnie jestem pod dużym wrażeniem.
Panie były po prostu kochane, bardzo wyrozumiałe i uśmiechnięte. I znów, każda miała swoje zdanie dotyczące karmienia, wiec sobie brałam te rady i odkładałam do szufladki “kp” a robiłam tak jak w danym momencie czułam. Panie były bardzo zabiegane (podobnie chyba jak w Polsce, kładzie sie duży nacisk na rentowność szpitali i robi cięcia personalne. Do tego trwa w Lyonie pelnia sezonu urlopowego…). Panie prosiły, żeby w razie potrzeby zadzwonić pod konkretny numer raczej niż naciskać przycisk “urgence”, bo ten drugi jest zarezerwowany na prawdziwe wypadki. Ponoć sie zdarzają, 3-4 razy w miesiącu, gdy na przykład zmęczona mama zaśnie z noworodkiem na szpitalnym łóżku, a ten jej wypadnie z ramion.

W nocy pielegniarka i położna przychodzily na wizyty kontrolne (mierzyły Stasiowi temperaturę),a robiły to bardzo dyskretnie, czasem nawet sie nie budziłam. Pierwszej nocy zapytały mnie czy chce, by go zabrały na kilka godzin, do kolejnego karmienia. Kiedy im powiedziałam, ze boje sie, ze bedzie plakal i że dadzą mu mleko modyfikowane, spojrzały na mnie jak na wariatke : “przeciez nie dokarmiamy dzieci a już szczególnie bez wyraźnej prośby ze strony rodziców lub gdy dziecko ma jakiś problem… “Ich przyjemny sposób bycia naprawde umilil mi pobyt w szpitalu.

Kąpiel noworodków zalecana jest (teraz) raz na dwa dni, my w sumie zrobiliśmy ja tylko raz w szpitalu.

Jestem bardzo wdzięczna moim znajomym , którzy wbrew francuskim obyczajom, uszanowali moja prosbe i nie przyszli z wizyta do szpitala.
Ja w ogóle nie rozumiem, po co ludzie przychodzą w odwiedziny na porodówkę. Do szpitala, gdy ktoś jest chory – to inna sprawa. Ale tu ? Matki leża z krwawiącym kroczem, z obolałymi piersiami, ledwo sie ruszają bo szwy lub hemoroidy, co jakiś czas wpada położna lub pielęgniarka obczaić co z tobą lub dzieckiem – a tu ciągle wycieczka.

Do nas przyszli tylko Teściowie, późnym popołudniem, na kwadrans, i moja pasierbica (która bardzo miło zareagowała na Stasia).

Spędziliśmy dzięki temu, jeśli mozna tak powiedziec, trzy piękne dni w tym szpitalnym pokoju. Mogłam dużo pospać i naprawde – relatywnie- dużo odpocząć. Maz czuwal nade mna i Stasiem.

I to jest ta kolejna niespodzianka dla mnie. Mój Mąż pokazał mi zupełnie nieznane dotąd oblicze siebie. Bez mrugnięcia okiem biegał robić malutkie zakupy (a to do apteki po nakładki silikonowe na sutki, a to po krem z lanolina, a to po pizze). Na punkcie Stasia zupełnie oszalał, nie wypuszczał go z ramion, chodził go przebierać itp. (i ten stan trwa do dzisiaj)
Przychodził rano o 9h i wychodził wieczorem koło 23h, siedział z nami, nawet kiedy nie było absolutnie nic do robienia, a wiem, jakie to dla niego bylo ciężkie, nie pracować 😉

Wyszliśmy ze szpitala w poniedzialek po poludniu. W szpitalu jest jeden pediatra na 3 oddziały porodówki, w niedziele nie ma wyjsc, wiec w poniedzialek wypuszczano 25 noworodków i powoli dochodziłam do granic cierpliwości.

Tego dnia założyliśmy Stasiowi ubranko po jego tacie (kaftanik, wiązany na plecach) i patrzyliśmy z jaką czułością i wprawą troszke starsza pani położna mu je wiązała. Nagle powiedziała : “Takich ubranek juz się dziś nie robi. A popularne dzisiaj body ma we Francji dokładnie 28 lat. Bo kiedy moja córka sie urodziła, to moja położna jej ofiarowała taką nowość w prezencie…”

Pobyt w tym szpitalu będę wspominała bardzo mile. Mam dużo szacunku dla kobiet, które decydują się na poród w domu, na pewno to piękne wydarzenie. Ja jednak cieszę się, ze mogłam przeżyć ten poród w takich warunkach i atmosferze, które pozostawiają tak pozytywne wrażenia.

Wczoraj poszliśmy na spacer po mieście szukać jakiegoś symbolicznego prezentu. Kupilismy 3 pudelka “macaron” – (to sa takie pyszne ciasteczka, z których ponoć Francja słynie). Pojechałam później do szpitala, zostawiłam 2 pudełka dla pań z dziennej i nocnej zmiany a trzecie pudełko było dla położnej, która przyjmowala moj porod.

A teraz najlepsze : moja położna “z miasta” pojechała na urlop. Przysłała mi dziś na wizytę w domu (Prado , cos w rodzaju wizyty położnej środowiskowej) zastępcę. Wchodzi zatem pani i mówi po chwili: bardzo sie cieszę, że panią widzę, bo to ja przyjmowałam w szpitalu poród pani synka!.
Wiecie, mieszkam w dużym mieście, położnych tzw liberale jest u nas bez liku. A tu taka piękna niespodzianka…

To prawie bajkowy koniec tej opowiastki, zamknęła sie klamra tego pierwszego tygodnia Razem.

Napisałam ostatnio na stronie Chatki : jestem przeszczęśliwa i chętnie na tej chmurce szczęścia, mimo potwornego zmęczenia i bólu (ciagle coś boli;-)) sobie jeszcze posiedzę.

3 odpowiedzi do “Wspomnienia z pobytu w szpitalu Croix Rousse”

  1. Agnieszko ze wzruszeniem czytalam Twoje wspomnienia ze szpitala i wrocily do mnie te grudniowe, pierwsze chwile z Helenka… Jakiez to cudowne urodzic zdrowe piekne dziecko prawda? I te pierwsze chwile razem: bezcenne. Trwaj chwilo trwaj 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.