Początek Mlecznej Drogii

“Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwóch planet”, mojej i karmienia piersią?

Powiedzmy, że jak na razie poruszamy się w dobrym kierunku.

 

Skoro przeżyłam “pompowanie” na sucho (!)… ja wiem, wszyscy powtarzają, ze tego colostrum nie ma zbyt wiele, kilka kropel… kilka kropel, dosłownie, na cały weekend.

Skoro przeżyłam “montée du lait”, czyli nasz swojski nawał mleczny …

To teraz jeszcze kilkanaście dni “stabilizacji” i będzie Ok.

Chciałabym podzielić się z Wami (tzn osobami zainteresowanymi kp) kilkoma refleksjami z tego okresu. Oto co “miałam”/”mam” do dyspozycji i za co dziękuję:

1. Psiapsiółki, koleżanki i inne Dobre Dusze. No i mój Mąż. Bez Was i Waszego wsparcia, moje Drogie, mój Drogi, pewnie bym wymiękła w tych pierwszych godzinach pompowania, kiedy mały ssał “na pusto”. Płakałam z bólu, ale Wy pocieszałyście, że to tylko zły moment do przetrzymania. Dawałyście dobre rady (testowałam i wciąż je testuję !) i podtrzymywałyście na duchu. Dobro wraca i na pewno do Was wróci ❤️

Jakże ważne jest być otoczoną życzliwymi ludźmi – tak fizycznie ale również odczuwać dobre intencje, troskę i zrozumienie.

Dziękuję.

2. Po każdym przystawieniu do piersi, nakładam na sutki lanoline – może być krem, może być stick do ust (testowałam oba rozwiązania, oba działają) . Może też być po prostu wazelina. Następnie, na sutki przyklejam kawałek przezroczystej folii spożywczej. Ja wiem – to mało zero waste, i o tym wymiarze wczesnego macierzyństwa też napiszę przy okazji pieluszek 🙂

Ale dzięki temu mykowi mam sutki całe i zdrowe, bez ranek. A synek potrafi tak zacisnąć swoje dziąsełka, ze czasem aż krew poleci.

Kiedy nakładamy taką tłustą warstwę ochronną na sutki i na to przyklejamy folię spożywczą, tworzy się coś w rodzaju plastra na odciski. Drogie panie, jeśli miałyście kiedyś zdartą piętę i ratowaliście się grubym plastrem od sholla, to wiecie o czym mówię.

Ps. Ważny detal. Jak może pamiętamy, proces trawienia zaczyna się już w ustach, dzięki ślinie, która tez zawiera swoją florę bakteryjną. Dlatego po karmieniu a przed nałożeniem lanoliny i folii, dobrze jest przemyć piersi lub wilgotną szmatką zetrzeć ślady śliny z sutków.

3. Kiedy mam bardzo dużo pokarmu i napuchnięte boleśnie piersi, a pod ręką nie mam laktatora (wybieramy się do rodziny na kolację, a tu nagle taki przypływ pokarmu) – można wleźć rodzinie pod gorący prysznic, zrozumieją. Ale łatwiej jest poprosić o szklankę bardzo cieplej wody i zamknąć się w łazience na kilka minut.

Zanurzamy pierś, a raczej jej kawałek 😉 w szklance, tak, by się nieco zassała. Następnie delikatnie masujemy pierś. Mleko wypływa bardzo bezbolesnie i szybko, pierś się rozluźnia a my z uśmiechem możemy wrócić do stołu dokończyć deser;-)

Ten biały osad na dnie szklanki to właśnie mleko

4. Laktator. Jakże jestem wdzięczna francuskiemu systemowi, w którym można sobie laktator elektryczny po prostu wypożyczyć “na okres karmienia piersią”. Kosztuje to 12,90€ na tydzień i zwracane jest w 100% przez Securité Sociale. Przytulałam się do. Iego często pierwszego dnia, teraz coraz rzadziej, 2 razy dziennie, po 5-10 min, ot, żeby podtrzymać poziom laktacji, gdy dłużej śpi, żeby sobie odciągnąć na zapas trochę pokarmu itp.

5. Pojemnik do robienia kostek lodu. To tu wlewam te kilka kropel mleka, które sobie odciągam. Mrożę je w tym zamkniętym pojemniku, a później wsypuję do woreczka strunowego. Można następnie rozmrozić dokładnie takie ilości, jakich potrzebujemy. Mieszamy też mleko o rożnej kompozycji, bo ściągnięte rano lub wieczorem, po zjedzeniu buraczków lub szpinaku 😉

View this post on Instagram

Taka podpowiedź dla karmiących matek. Jeśli korzystacie z laktatora, żeby uregulować nieco napięcie w piersiach, i mrozicie mleko : może Wam się przyda taki myk 🙂 Do mrożenia mleka używam foremek do kostek lodów. Odciagam 2 x dziennie małe ilości, na koniec karmienia, lub między karmieniami. Przelewam to do foremki – ta, którą mam jest idealna : wlewam przez dziurkę w wieczku, przechylam, by spłynęło do niższych kompartymentów, zamykam wieczko i do zamrażalnika. Później przesypuje te mleczne kostki lodów do woreczka strunowego. Ładnie się mieszają, te mleczka z porannego i wieczornego karmienia, o różnych kompozycjach i wartościach, bo przecież jem ciagle coś nowego. No i to dość praktyczne, bo mogę rozmrozić dokładnie takie ilości, jak trzeba (a nie cały woreczek na przykład 😉) #kp #karmieniepiersią #myk #breastfeeding #allaitement #jakmrozićmleko #mlecznekostkilodu #podpowiedź #tipsdlakarmiącychmatek

A post shared by Baba Joga (@chatkababyjogi) on

6. Nakładka silikonowa. Naprawdę jej nie chciałam. Popłakałam się nawet, ze muszę jej używać. Bo wpadła mi do głowy myśl, ze oto jakbym była “gorszego sortu”. Czterdzieści lat na karku i takie bzdury w głowie. Zrzucam to na hormony. Przejdę do rzeczy. Moje nawet nie płaskie – wklęsłe ! – sutki nie reagują na stymulację. Wychylają się jakies pół centymetra i koniec.

Zatem : od początku używamy nakładek i z każdym dniem widzę, ze jedyną niedogodnością jest posiadanie zawsze przy sobie jednej nakładki, żeby można było to dziecię nakarmić.

Zdarzyło mi się pojechać na pogotowie z moją nastolatką. Spędziliśmy tam 3 godziny. Mąż z synkiem zostali w domu i siłą rzeczy trzeba było sięgnąć do zamrożonych rezerw. I wiecie co? Chyba wszyscy byliśmy zadowoleni. Córka – bo odkleiła się od S. dla niej. Mąż, bo podobało mu się podanie butelki synkowi. Stasiu, bo najwyraźniej nie dostrzegł różnicy : tu silikon i tu silikon, i kiedy wróciłam, bez ceregieli wssał się w pierś. No i ja : bo to wszystko się kręci w pewnego rodzaju ekosystemie, bo nie mam odpowiedzialności wyłącznej i możemy, w razie potrzeby, bezboleśnie poradzić sobie inaczej.

Moje piersi spełniają swoją funkcję, produkują mleczko w ilości wystarczającej do karmienia mojego synka (ładnie przybiera na wadze, już w dziesiątym dniu przekroczył wagę urodzeniową) i o to tak naprawdę przecież mi chodziło.

No właśnie.

Pierwszej nocy, jeszcze w szpitalu, gdy Mąż poszedł już do domu a ja wpatrywałam się w ten nasz mały cud, stanęła mi przed oczami piramidka. Piramidka hierarchii. O co chodzi w tym macierzyństwie? O co chodzi tym razem? No i powiedzmy, że piramidek ukazało mi się więcej, ale każda odnosiła się do innego okresu życia tego naszego cudu. Mentalnie zasłoniłam wszystkie, które nie wiązały się z codziennością, z tu i teraz. I na szczycie tej, która się ostała było Zdrowie. Pod nim : Harmonijna Rodzina. Niżej jeszcze : Karmienie Piersią. A dopiero pod tym chmurka wartości, które są mi szczególnie bliskie: wychowanie w poszanowaniu natury i trosce o środowisko (w tym cały rozdział o zero waste), mój weganizm i hipotetyczne problemy związane z żywieniem moim i brzdąca, czy uda mi się nauczyć go języka polskiego? I inne takie historie, jak widzicie, odbiegające od uniwersaliów, którymi są Zdrowie i Harmonia w rodzinie.

Kiedy usiądę i przeanalizuję moje poczucie klęski, stare sprzed piętnastu lat, widzę tu jakiś kompleks Madonny. Między innymi, oczywiście. No nie udało mi się karmić córki (dziś już wiem, że to był ten sam problem sutków…) ale przecież odciągałam swoje mleko, jak dojna krowa, elektrycznym laktatroem przez 4 miesiące ! Przecież znów chodziło o to samo : dostarczyć dziecku, w miarę możliwości, jak najwiecej tych elementów, które posiada mleko matki.

A czy dziecko ssie instynktownie, czy potrzebuje gadżetów w postaci silikonowych nakładek lub laktatora do odciągania mleka? Cóż. Robię dokładnie tyle co mogę. I tym razem nie daję się wciągnąć w pułapkę poczucia winy, poczucia bycia “gorszą matką” bo “co to za matka, co nie potrafi” czegoś tam…

I nawet gdybym nie mogła znów karmić piersią i poddawałabym mleko modyfikowane – to poczucie winy zostawiłabym i tak za drzwiami. Bo czym w perspektywie życia jest epizod pod tytułem “kp” czy “mm”?

Ach. Na koniec : dziewczyny na wegańskiej diecie. Nie bójcie się. Jeśli przez cała ciążę komponowałyście ładnie posiłki, brałyście B12 i Omega3 (ewentualnie żelazo, magnez i vit C w bonusie) – możecie podziękować za troskę wszystkim “życzliwym”, którzy Wam powiedzą : ty egoistko, myślisz o sobie a nie o zdrowiu dziecka, zjadłabyś kotleta i dała “aminokwasow/białka zwierzęcego/coś tam”. Pewnie ze możecie, jeśli macie na to ochotę.

Po tym co jadłam w szpitalu jestem już na zawsze przekonana, że dieta matki karmiącej nie istnieje (to były jakieś porcje głodowe…) .

Teraz zdarzają się dni, gdy mam wrażenie, ze mleka jest mniej, gdy synek je częściej i dłużej, a mnie w głowie włączają się głupie myśli, że zaraz nie będę miała w piersiach nic.

Nie wiem. Być może tak się stanie. Ale póki co – po prostu cieszę się tym, co jest.

2 odpowiedzi do “Początek Mlecznej Drogii”

  1. Mysle ze nie tylko Ty masz takie mysli,znam wiele osob ktore mysla tak jak Ty,ale wydaje mi sie ze to jest calkowicie normalne. Uwazam ze wychowasz Stasia najlepiej jak potrafisz,Stas ma najlepsza mame jaka moglby sobie wymarzyc.

  2. Dziekuje, ze dzielisz sie swoimi bardzo osobistymi przezyciami i myslami nt. Nie karmilam i nie mam dzieci, ale…. przyszlo mi na mysl, ze takie stresy zwiazane z karmieniem (i myslenie wokol) moga powodowac komplikacje w karmieniu…. takze droga, ktora obralas byc odciazyc glowe i przestac obwiniac siebie, robic to co mozesz, szukac sposobow i dac Mlodemu to, co sie uda – jest super! Przychodzi mi na mysl porownanie z meska impotencja – im wiecej facet mysli, ze nie da rady, tym bardziej nie daje… Nasze ciala i umysly przeciez wspolpracuja, sa ze soba polaczone. Trzymam kciuki zebys sie wyluzowala i miala radosc z tego czasu:) Lubie czytac o Tobie, Twojej rodzince i Stasiu! :***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.