Dzień drugi, road trip

Będzie ich ze trzydzieści, mam nadzieje, ze się Wam nie znudzi 😉

Zatem

Pożegnaliśmy Kaczkę i prawie spod francuskiej granicy pomknęliśmy przez Niemcy w stronę Polskiej granicy. Rozkminiamy, dokąd uda nam się dojechać, czy pod Wrocław, czy pod Kraków.

Po siedmiu godzinach (sic!) dotarliśmy do Drezna.

Nie pytajcie… już pisałam wczoraj, że zaliczamy co drugi parking na tej trasie…

W podróży nie chodzi ponoć o to, by gdzieś dotrzeć, tylko po to aby podróżować. Co też uskutecznialiśmy w tę sobotę. A że lubimy z Mężem robić ciagle rzeczy po raz pierwszy, pierwszy raz podróż do Polski zabiera nam 2 noce.

Samochód dziś wspiął się na wyżyny cyganerii, sery mocno dojrzały – jeśli coś przeskrobałam, Piotrku, to już jesteśmy kwita :-))

W Dreznie znaleźliśmy NH hotel. Niby wszystko Ok, bo przyjmują psy i jest bezpłatny parking, ale opłata za psa to 20 ojro, (jak za psa…) a parking bezpłatny jest na ulicy a podziemny kosztuje 16 dukatów. Z planowanych 60 Jurków robi się stówa. Piszę to, bo może komuś ta informacja się przyda. (Na Airbnb np nie znaleźliśmy miejsca gdzie akceptuje się rezerwacje na 1 dzień, tego samego dnia, oraz przyjmuje niemowlaka i psa).

Mąż chciał mi zrobić niespodziankę i znalazł (ale już nie zarezerwował) wegańska knajpę. Ok. Przybyliśmy tam dość późno (ponoć, jak na niemieckie standardy, bo o 20h).Długo nie zostaliśmy, bo z dzieckiem na ręku nie było dla nas miejsca. Ale już kolejna para, która weszła zaraz po nas, mimo braku rezerwacji została zaprowadzona do stolika (wiem, bo staliśmy przed tą restauracją zastanawiając się, co ze sobą uczynić i mogłam poobserwować).

Głodni i zmęczeni wylądowaliśmy w restauracji Boheme, gdzie zjedliśmy zupę ze szparagów (Stasiek też!), a w wersji wegetariańskiej dostałam ziemniaka z wody (z sosem smietankowo-cebulkowym) i garść liści szpinaku, raczej bez sosu. Mąż zapomniał, że „prawn” po angielsku oznacza krewetkę, (na usprawiedliwienie wyjaśnię, ze w jego francuskiej głowie nie mieściło się, jak można podać filet ryby z krewetką). Skończyło się lekkim bólem brzucha.

Już w hotelu (o 22h, w życiu nie jedliśmy w tak ekspresowym tempie…) podałam mu herbatkę z termosu, „Yogi Tea” (lubię ten ich marketing : nazwy mieszanek, wróżby na papierku-szczurku.”droga do szczęścia wiedzie przez współczucie dla siebie samego”)

– Uważaj kochanie, to „kobieca energia” (nazwa mieszanki”.

Mąż upił łyka.

– Teraz czuje się jak kobieta. Boli mnie głowa a w ogóle chce natychmiast kupić buty i torebkę.

Dobra, kpisz, czyli nic ci nie jest.

I tak zakończył się dzień drugi, w łożku King size, gdzie każde z naszej czwórki zasnęło w swoim kącie a i tak znaleźliśmy się rano jedno na drugim, trzecim i czwartym. Było bardzo wygodnie, tak, że nawet pomimo dwóch pobudek Staszka się wyspałam. Życie jest piękne.

3 myśli w temacie “Dzień drugi, road trip

  1. kaczka

    Och, Germanie! Gdy znajomi szukali mieszkania dla siebie i niemowlęcia, usłyszeli, że 70 metrów kwadratowych to niewystarczająca powierzchnia dla trzyosobowej rodziny i takiej komórki na szczotki nikt im nie wynajmie. Obsługa restauracji, ich mac, tez pewnie miala na mysli troske o wasz Lebensraum 🙂

    Odpowiedz
  2. Kasz

    Agnieszko kochana, życzę Wam udanej ze wszech miar podróży i pozytywnych(TYLKO POZYTYWNYCH!) zaskoczeń w każdym odwiedzonym miejscu!
    …zastanawiam się równocześnie, czy będę choć po części bohaterką jednego takiego Waszego dnia, albowiem nic mi na mego maila nie odpisałaś i w niepewności trwam 🙂
    Daj znać, ale tylko w wolnej chwili!
    Buziaki!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.