Trzy-czte-ry czyli Busko Zdrój

No bo ileż można pisać o tym, że się jedzie z Mężem, Synem, psem i serami przez trzy dni 1500 km?

W niedzielę Mąż się odstawił na lotnisko w Balicach.

Ok, prawie się biliśmy o to kto ma prowadzić, tak miejsce za kierowcą było mało wdzięczne. Nie dość, że z ciała robiło się origami, to siedzący po prawicy Syn asertywnie dawał do zrozumienia co sądzi o tej podróży.

Jeszcze obiad w „bistro” eat&fly (rozczuliłam mnie to słodkie zaanonsowanie na całą halę „bistro” : „dwa makarony ze szpinakiem proszę”).

Wyjechaliśmy. Pierwszy postój już po 20 minutach, bo dziecko wyło. Tak, słyszałam legendy o tym, że są dzieci, które się usypia w samochodach. I o tych, które przesypiają noce.

Drugi postój był jeszcze dłuższy, przy przybocznej myjni samochodowej był placyk zabaw, tam sobie odpoczęliśmy, tam zrobiłam butlę z kaszką i tam udało mi się go utulać.

Jeszcze jedno w temacie polskich dróg. Doprawdy – podziwiam Was, mieszkańcy tego kraju, za opanowana ie i odwagę. Droga dwupasmowa. Wymijam jadący po prawej samochód. Ok. On jedzie wolno, poniżej setki, ja niewiele szybciej, ale wystarczająco, by go minąć. Dla pana pojawiającego się nagle za mną, to stanowczo zbyt wolno, co mi pokazuje światłami. Mam zmiatać na prawą stronę, i to migiem, bo on, Kowalski, władca autostrady, tu jedzie. I takich kwiatków było przez prawie 3 godziny, o jakże samotnej drogi, mnóstwo. We Francji robią tak wyłącznie chłopcy z przedmieść, w tuningowanych golfach, o których Polonia lubi mówić „camele”. A policja zatrzymuje ich nie za prędkość ale właśnie za chujowe maniery.

Plus nierespektowanie prędkości : sorry, ale chyba sobie zrobię wywieszkę : przepraszam, szanuję znaki drogowe. Jak jest 70 to jadę 70, nie ma sensu kleić się do mnie na 20 cm bo tylko zwolnię…

Przyjechaliśmy do Buska-Zdrój (przepraszam jeśli źle odmieniłam nazwę tek miejscowości), do Marty (Kobieta-orkiestra, mój ideał bizneswoman 😘) i Marcina, aka Syrenka i Neptun, dla tych, którzy śledzą losy mojego małżeństwa (i sopockiego wesela). Tyle fajnych, wspólnych wspomnień 🙂

Byli tacy kochani, że nawet zamówili wegańską pizzę na mieście, i faktycznie pojawiła się ona bez sera, co jest warte wzmianki, bo w Lyonie można powtarzać do znudzenia „bez sera tę wegetariańską proszę”, i tak zawsze go hojnie sypną.

Spędziliśmy miły wieczór i cały kolejny dzień.

Marta pokazała mi swoje miasto – moim zdaniem z super perspektywami!

Na moje życzenie 🙂 zaprowadziła mnie na targ (kocham targi), (zastanawiałam się przez chwile nad zakupem fartuchów nylonowych, byłyby świetne na moje warsztaty kosmetyczne, prawdziwy folklor !), do sklepów, gdzie z głośników zakupy umila discopolo, i jeszcze innego, gdzie przy pieczywie można było kupić wódeczkę lub bluzeczkę. Naprawdę – coś co Wam powiem. To nie jest maniera – dla mnie jest to najczulszy folklor, to disco polo, te fartuszki, i chyba wolę takie targi niż na przykład ten w Grandclement…

Poszłyśmy sobie z Martą na Rodeo Drive. Jak Marta słusznie zauważyła, można tam wyhaczyć prawdziwe perełki, i mieć 100% pewności, że nie spotkasz drugiej tak ubranej kobietki w całym mieście. Dla mnie wciąż aspekt finansowy (1-2€ za koszulkę…) oraz recyklingowo-zerowastowy są ważne w tych ubraniowych zakupach.

No i Stachu ma piżamkę supermana, na zaś.

Po południu poszliśmy ze Staszkiem na płac zabaw. Matki-Polki. Nie wiecie nawet ile macie szczęścia, ze macie takie śliczne, czyste place zabaw z piaskownicą i czystym piaskiem. W Lyonie o ile mi wiadomo, jedyna piaskownica, jest w parku Tete d’Or i dawno nie ma w niej piasku…

Stasiu był zachwycony (Ok, trochę się przeziębił, bo pozwalałam mu czołgać się po piachu).

Później poszliśmy na zakupy do Lidla. To co dla Was może być codziennością, dla mnie było jak zwiedzaniem obcego kraju. Przede wszystkim jestem zachwycona ofertą wegańską Lidla, na równi z tym, jak przeraża mnie ilość plastiku…

Może we Francji tez mamy w tym sklepie świetne wege zaopatrzenie, ale po pierwsze nie mam Lidla w dzielnicy a po drugie nie kupuje gotowych wege produktów tylko większości półprodukty.

Bardzo przyjemny ten pobyt w Busku. Ludziom- jak chyba wszędzie na świecie – na widok małego dziecka śmieją się oczy, co tylko podnosi poziom mojego zachwyceni miastem. No i nasi gospodarze są kochani i gościnni.

Dziś rano natomiast zostawiłam psa w takim miejscu, ze nigdy nie zgadniecie (dzięki Marta i Marcin, bo to dużo lepsze rozwiązanie niż samochód lub pokoj…) pomyślałam o Cioci Ag, i pojechałam po moją soropkową psiapsiółkę Anne na lotnisko do KRK… a potem…

… cdn

2 myśli w temacie “Trzy-czte-ry czyli Busko Zdrój

  1. M.

    W temacie zachowań na drodze powinnaś pamiętać o syndromie kombatanta, który występuje nawet u dwudziestolatków. Dawniej każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec zasad lub zwykle cwaniactwo było elementem walki z komuną i powodem do dumy. Każdy słyszał takie historie u cioci na imieninach. Jeśli dodamy do tego powszechną tezę, że krajem rządzą złodzieje, którzy ustawiają te znaki, żeby się wzbogacić na mandatach to masz odpowiedź czemu ludzie się tak zachowują…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.