Co jest a co nie jest

Bujam się po internecie montessoriańskim i coraz częściej COŚ mi tu nie pasuje.

„Pomóż dziecku zrobić sam”

Ok

Lubię ten slogan.

Podoba mi się, że dzięki wielu podpowiedziom położyliśmy materac na podłogę, właściwie od powrotu z porodówki. Od kiedy mały zaczął pełzać, wypełzła sobie z łóżka i odkrywał swój pokój.

Nie ukrywam, że zyskuję dzięki temu wiele cennych minut porannego spania.

Ostatnio na jednym z forum jedna z mam zapytała, kiedy można już dziecko kłaść spać na materacu. Uderz w stół a nożyce się odezwą. Ze szczególnym opisem tego, co jest dla dziecka najlepsze. Skoro każde dziecko jest inne (co wyraźnie podkreślają wszystkie podręczniki M.M) to może rodzic popróbuje co dla jego dziecka jest najlepsze? Ale widocznie nie w świecie montessoriańskich rodziców, bo tu nie zawsze panuje bienveillance, czyli wyrozumiałość.

A już po pytaniu, czy dziecko wychowywane metodą Montessori może się bawić z kuzynami wychowywanymi klasycznie, wzięłam głęboki oddech i wyłączyłam komputer.

Była to kropla w pucharze niespójności, które obserwuję.

Bardziej szokują mnie inne rzeczy, takie jak

1. Kupowanie „pomocy dydaktycznych” na aliexpresie.

2. Zabawy żywnością

3. Brak zaufania do siebie jako do Rodzica.

4. Instagramowy Świat

1. Kupowanie „pomocy dydaktycznych” na aliexpresie.

Nie mam kompetencji by wyrazić się, czy coś jest lub nie jest „montessori”.

Ale moje serce krwawi, gdy widzę zamawiane na Ali tony plastiku, drewna, papieru, pierdołek. Pardon – pomocy dydaktycznych. Ja rozumiem, nie każdego stać na zabawkę od „znanych” producentów, którzy często i tak produkują w Chinach (lub zamawiają w Ali… ). Tak, tez się nadziałam kupując niby polskie pieluszki wielorazowe, a jednak made in China…

Ale teksty tylu : „siedzę w Ali, poradzicie co kupić na rozwój motoryki małej u dziecka 18 miesięcznego” bolą. Nie tylko tym, że zamiast zapytać “co dziecku podsunąć do zabawy” jedzie się z tekstem o “motoryce małej”. Choć może większość mam na tych forach to absolwentki pedagogiki? Ale ogólnie mam wrażenie, ze czasem są to pedagożki i wychowawczynie własnych dzieci, a nie ich rodzice. Hello, World? Czy przez 15 lat tak dużo się w Rodzicielstwie zmieniło?

Wróćmy do Ali. No przyjdzie później ta paczka akcesoriów, przez pół świata (hurra, topnieją lody na morzach Arktyki, szlaki morskie będą jeszcze szybsze), zrobisz z tym 2 – 3 zajęcia, połowy z tych 50 sztuk (zamawiasz więcej, bo było taniej!) nie wykorzystasz, zrobisz zdjęcie na insta i na tym się skończy wartość pedagogiczna przedsięwzięcia.

Bo o ekologii, ekonomii, o wykorzystywaniu opakowań, o oszczędzaniu zasobów, o szanowaniu pracy innych, to dzieci się od Ciebie nie nauczą.

Taka jesteś mundra to se płać potrójnie i nie nudź.

To co lepiej kupować w Amazonie i sprawiać żeby się hamerykanska firma bogaciła?

Pozostawiam te ostatnie zdania rozumowi każdego, nie tylko montessoriańskiego rodzica.

2. Zabawy żywnością…

To tez boli. Zostawiłam niedomkniętą szafkę na żywność i mój mały, cichy, ciekawski szkrab narobił mi wiele szkód. Po tym incydencie postanowiłam, że skoro tak lubi grzebać w kaszy, to mu to ułatwię. Tylko ze jak już przesypie strączki, które mu podsunęłam … to wyzbieram z podłogi te ziarenka, z ciecierzycy zrobię sobie humus i to zjem. Mogę z nim „połuskać” groszek, on zmiażdży jeden strączek, ale ja uratuję co mogę. Nie tylko dlatego, że żywność jest droga.

Dlatego przede wszystkim, że jest to żywność, dlatego, że to są produkty, których wyhodowanie kosztowało kogoś ciężką fizyczną pracę. Dlatego, że ten ryż czy kuskus, który kupuje się „tanio, bo to do zabawy” (czy tylko mnie to szokuje?) rósł na ziemi traktowanej pestycydami, które mają niby wspomóc wydajność gleby a tak naprawdę niszczą i ją i bioróżnorodność. No i znów, taki ryż wędruje do nas pół świata by skończyć w dziecięcej wannie, serio, widziałam wanienkę z jedzeniem do zabawy, pokolorowany barwnikami spożywczymi, by w nim zagrzebać jakąś plastikową figurkę. I jeszcze nazwać to „zadaniem integracji sensorycznej”. Wtf.

Tani makaron, który kupuje się w celu zabawy też nie jest taki niewinny. Produkuje się go w fabrykach, gdzie pracują maszyny, o których pisałam tutaj. By funkcjonować, potrzebują one ogromnej ilości energii oraz surowca, w tym przypadku kilkunastu tysięcy jajek dziennie. Jajek „trójek”, bo przecież skąd inaczej wziąć taki ich ogrom.

Widzę różnicę w manipulowaniu ziemniakami, przesypywanych soczewicy ze słoika do miski – i zjedzeniu później tych produktów a bezmyślnym niszczeniu żywności, by dostarczyć taniej rozrywki dziecku.

3. Zbliża się dzień dziecka.

„Co kupić dwulatkowi, który ma już wszystko”. Ręce opadają. Mam ochotę odpowiedzieć : weź to co dziecko już ma i spędź z nim 2 bite godziny. Taki gift – myślę, że bezcenny.

Albo : jest cała masa naprawdę fajnych, używanych zabawek, które można kupić za grosze, lub przekazać, jeśli nasze dziecko się już tym nie bawi, ale widzimy, ze dziecko znajomych już jest na nie gotowe.

Można kupić zabawkę zrobioną przez jakiegoś lokalnego producenta. Tak, tak, są jeszcze odważne dusze, które rzucają się w świat tworzenia zabawek. Pewnie że jest droższa. Taka drewniana, lub uszyta, dziergana, zrobiona w Polsce czy we Francji, w rzemieślniczych warunkach i ilościach będzie droższa od tego co można kupić w byle kiosku Ruchu czy bureau de Tabac (made in China). I to (moim zdaniem) jest naprawdę fajna sprawa.

Są też – wciąż – sklepy „stacjonarne”, gdzie można przyjść i kupić zabawkę.

Bo niedługo podzielą los polskich księgarni – jeśli będzie można kupić zabawki w necie o 30% taniej, to pewnie sklepy też padną… Można dogadać się z rodziną, że taka droższa zabawka może być składkowa.

Poza tym. Dzieci mają takie fazy, że lubią bawić się zabawkami, które aktualnie ma w użyciu kolega, tudzież przedmiotami drogimi naszemu sercu : kluczami czy telefonem. Ale nie pogardzą tez patelnią i drewnianą łyżką.

Kartonowym pudłem, jeśli zrobi się z tego tunel lub statek…

Tylko ze my, dorośli, rodzice czy dziadkowie, prezenty kupujemy nie tylko dziecku ale może i przede wszystkim sobie. Jak dobrze, że wyrosłam już z fazy, gdy koniecznie chciałam kupić mojej córce coś, co lubiłam sama, lub czego sama nie miałam w dzieciństwie, bo po prostu tego nie było w sklepach. Brak nam, no niech już będzie ze napisze w liczbie mnogiej, rodzicom, odwagi i wiary w to, żeby zrobić tak jak uważamy za stosowne, potrzebujemy takiego społecznego przyklasku. W kwestii prezentów ale tez w każdej innej sprawie dotyczącej wychowania młodego człowieka…

4. No i Instagram,

Nie odkryję Ameryki pisząc : nie wierz w to co widzisz, nie porównuj się z obraziłem z telefonu, bo rzeczywistość jest zupełnie inna..

Byc może brzmię jakoś tak zmęczona.

Tak. Jestem zmęczona. Ale nie tylko nieprzespanym nocami, nieobecnością Męża, ząbkującym synkiem, który do tego zaczyna się przemieszczać z prędkością błyskawicy i pod tym swoim niewinnym uśmiechem kryje duszę niezłego łobuza. Jestem zmęczona tym idealnym światem internetu. Tymi “dobrymi zdjęciami”. ” dobrym tekstem”. Tymi niby pytaniami, by zachęcić czytelnika do reakcji. Tym : zapisz się na mój webinar, powiem ci jak żyć. Jak zrobić by było lepiej.

Lepiej jest wrogiem dobrego.

A ja aktualnie mam całkiem dobre życie.

Poznałam w Lyonie fajne Polki, mamy małych dzieci, z którymi spędzam dość dużo czasu. Robi mi to dobrze. To są dziewczyny, które mają jeszcze czas by b y ć z dziećmi (mnie go już zaczyna ubywać…), są silne w tym postanowieniu (kiedy większa cześć francuskiego społeczeństwa patrzy na przebywającą na urlopie wychowawczym matkę jak na dziwoląga).

Dużo się od nich uczę, inspirują mnie o niebo całe więcej niż najlepszy profil instagramowy z pieknymi zdjęciami. Gotujemy wspólnie obiady, siedzimy na trawie lub chodzimy na spacery od placu zabaw do placu zabaw i czas zaiwania, nie płynie. No i patrzę na nasze dzieci, które bawią sie mniej lub bardziej wspólnie, na ich uśmiechnięte oczy, i tylko mam nadzieję, że te znajomosci przetrwają próby czasu. I być może odległości.

Bo.

Sprzedaliśmy nasze mieszkanie, wyprowadzamy się w połowie sierpnia ale wciąż jesteśmy w fazie chaosu, nie wiemy gdzie będziemy mieszkać (na pewno przez kolejny rok, ze względu na to ze mamy już nianię dla Stasia, i umówiliśmy się na roczny kontrakt, zostaniemy w Lyonie, ale to będzie tymczasowe…) nawet nie wiemy gdzie i czego szukać. Wynajem? Kupno? Mieszkanie ? Dom?

Czekam na niedzielę, by usiąść i pogadać o tym z Mężem. Ale to z kolei Dzień Matki, jak co roku od kilku lat będzie emocjonalnie wyładowany.

Za tydzień otwieram karty nowych przygód. Jedziemy na 3 tygodnie na południe Francji, ja na kurs mydlarski, do Stasia przyjeżdża Babcia.

Będzie co będzie, a co nie – nie.

5 Replies to “Co jest a co nie jest”

  1. Mam jedną znajomą, od której co prawda nie usłyszałam nigdy słowa Montessori, ale wydaje mi się, że przynajmniej w części stosuje się do tych założeń. Drewniane zabawki, wystrój pokoju dziecka w 2-3 stonowanych kolorach, w ogóle mało ma to dziecko zabawek. Dla mnie to jest jakiś ideał, dziecko nie jest prze-stymulowane (nie wiem jak nazwać po polsku 🙂 ), w danym okresie bawi się 3-4 zabawkami i wcale nie wygląda na to, żeby się nudziło. Ja się zastanawiam tylko jak wytłumaczyć mojej teściowej, żeby nie kupowała tylu prezentów (i jeszcze jak jej wytłumaczyć rodzaj zabawek, np. właśnie drewniane itp – jestem przekonana, że ona, która żyła jako dziewczynka i dziewczyna tuż po wojnie domowej, będzie chciała spełnić swoje marzenia za pomocą mojego dziecka, to o czym piszesz) przy każdej okazji, w końcu to będzie pierwszy wnuk w rodzinie i wielki szał (a prezentowy też – znam ją).

    1. Hm. Taki miałam plan, z ręką na sercu. Samo drewno, zero plastiku. He he. Ale Stasiek akurat ma szczęście, ze się dużo szwędamy, odwiedzamy znajomych, cafe-Poussette, Mediatelu itp, i uważnie obserwuje, czym się bawi w danym okresie/sytuacji. Jeśli zobaczę na stronach z okazjami / na wyprzedażach, w second handach fajne zabawki w rozsądnej cenie – chetnie je przygarniam. Tez chowam część zabawek do koszy a część eksponuję. Ta rotacja jest ciekawa dla mojego synka, bo faktycznie odkrywa co jakiś czas stare-nowe zabawki.
      I faktycznie – mój synek ma białe ściany w pokoju, z małą ilością dekoracji a to co się zmienia to zawartość półki.

      Myśle jednak, ze warto rozmawiać z rodziną – ja na przykład rozmawiałam z Teściową, ona sama po trójce wnucząt ma masę zabawek i kiedy do nich jedziemy, nie biorę ze sobą nic, bo tam ma naprawdę niezłe pole do popisu.

      Życzę powodzenia, bo pewnie nie będzie łatwo, ale myślę ze nie warto denerwować się na Teściową, szczególnie ze wiesz dlaczego ma taką potrzebę wypełniania przestrzeni dziecka przedmiotami…
      Ściskam !

  2. Nie wiem czy pamiętasz, ale jestem “dyplomowaną” nauczycielką Montessori. I wiesz co? Sama jak czasami czytam co różne matki i nauczycielki wyprawiają z tą metodą to mi się włos na głowie jeży. Ja wyznaję zasadę, że wszystko trzeba dostosować do potrzeb konkretnego dziecka w danej chwili. Moja najstarsza nie znosiła powtarzać pracy z materiałami m., wystarczył jej raz i już. Za to najmłodsza w kółko mogła robić to samo. Większość zabawek (poza Lego i Little People) i pomocy edukacyjnych (poza niektórymi sensorycznymi pomocami m.) robiłam sama. Sprawiało mi to frajdę, a i kasy nie musiałam wydawać.
    Co do zabawy jedzeniem – nie rozumiem jak można w ten sposób marnować żywność!
    Prezenty na Dzień Dziecka są u nas nie znane 😉 Zawsze spędzamy ten dzień razem, grając w jakieś gry planszowe, idąc na spacer lub jak to było w zeszłym roku – organizuję piknik dla polskich rodzin. I jest super!
    O IG nie będę się wypowiadać, bo mnie wkurzają wpisy z hashtagami firmy majtek i spineczek. Znam też taką jedną mamę, co na IG wrzuca sielskie anielskie życie, a w domu i rodzinie ma niezły pieprznik. Ale to jej sprawa …
    To tyle, mogłabym jeszcze długo, ale czas coś ugotować na dinner 🙂
    Pozdrawiam.

    1. No to uff. Nie jesteśmy same. Mam dużo mniej doświadczenia z metodą MM, ale zaczynam rozumieć, dlaczego cześć osób tak gwałtownie reaguje na sam dźwięk „montessori”…

      Jak pewnie wiesz, jesteś takim moim niedoścignionym ideałem jeżeli chodzi o ED, i bardzo inspiruję się Twoim doświadczeniem.
      Chyba najbardziej podoba mi się właśnie spędzanie wspólnie czasu.

      Chce o tym pamiętać, kiedy we wrześniu wrócę już do pracy

      1. Czerwienię się.
        Wg mnie nie można trzymać się jednej metody edu., należy czerpać z różnych to co akurat odpowiada naszej rodzinie i naszemu dziecku.
        Ściskam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.