Dlaczego pracuję zawodowo?

Chciałabym zacząć od pewnego wyznania.

Otóż – jestem leniem. I do tego bałaganiarą.

Te dwa przymiotniki opisują integralną część mnie, nad którą mogę pracować w kółko, a i tak lenistwo i bałaganiarstwo wyłażą ze mnie na każdym kroku.

Są pewne pozytywy płynące z bycia leniem, szczególnie w kontekście zawodowym. Lubię na przykład pozbyć się jakiegoś upierdliwego obowiązku lub zadania, zrobić to szybko, raz a dobrze i tym samym mieć święty spokój i więcej czasu na inne czynności. Mam to szczęście, że nie pracuje na akord, ani nie mam ścisłe określonych godzin pracy.

Bałagan trudniej jest uargumentować.

No, ale, nie o tym chciałam napisać.

Zabieram się za ten temat, jak żaba do jeża, ale dlatego, że jest delikatny.

W moim świecie idealnym

W moim świecie idealnym, wiecie, w tym domku na wsi, przy którym mam ogródek, który uprawiam dla przyjemności, w tym moim świecie, który opisuje sobie od czasu do czasu w zeszycie marzeń i celów… mam również pomoc w postaci pani, która pomaga mi ogarniać dom. Zatrudniam również baby-sitter na 4 godziny dziennie, bo zajmuję się moim dzieckiem, (edukacja domowa, w świetle tego co się dzieje we francuskich szkołach publicznych, jest szczególnie nęcąca). Ale również potrzebuję czasu dla siebie (na wspomniany wyżej ogródek) robienie mydła, słuchanie śpiewu ptaków lub spotkania z innymi dorosłymi.

Do tego potrzebne są pieniądze.

Rzeczywistość

W świecie, tym rzeczywistym, namacalnym, w którym żyję, nie mogę sobie (jeszcze) na to pozwolić. Za pracę pani prowadzącej dom czy niani chciałabym oferować zdecydowanie lepsze wynagradzane, niż to, ktore im dzisiaj mogę zaproponować. Dom na wsi musi być również naprawiany, tak zwane „media” opłacone, nie mówiąc już o samochodzie czy innym środku transportu, który tez kosztuje. Podatki, ubezpieczenie zdrowotne i tak dalej.

Oczywiście, można chcieć mniej, można żyć zupełnie inaczej i czuć się szczęśliwym, i wiem, że wiele osób to robi.

Dlaczego pracuję zawodowo?

Na razie, w świecie, w którym żyję, chcę pracować zawodowo i chcę zarabiać pieniądze z kilku powodów. Wiem, że w prywatnych rozmowach pojawiają się czasem pytania, ale Aga, dlaczego, przecież możesz robić inaczej już teraz. Zatem odpowiadam.

Bezpieczeństwo finansowe

Po pierwsze – bezpieczeństwo finansowe. Dla osoby, która tak jak ja, doświadczyła czym jest rozwód i samotne utrzymywanie mini rodziny z jednej pensji, bezpieczeństwo finansowe jest czymś, czego nie trzeba tłumaczyć.
Ale rozwinę to dla tych, którzy nie zaliczyli tej nieprzyjemności (nikomu jej nie życzę). Kiedy sami utrzymujecie nie tylko siebie, ale również dziecko, trzeba wybierać. Priorytetem jest bardzo często dziecko (i tak chyba być powinno?).

Kosztem siebie, kosztem swojego czasu, kosztem dodatkowej pracy, kosztem zmęczenia, nieobecności.

Oczywiście, można chcieć mniej i może gdybym wówczas chciała mniej i inaczej, moje życie potoczyło się inaczej.

Ale wówczas chciałam więcej i z tego okresu zapamiętałam, w kwestii finansów, strach przed debetem, przed nowymi opłatami bankowymi w związku z przekroczeniem debetu, strach przed niedysponowaniem na koncie wystarczającej sumy by spłacić kredyt, by zapłacić za czynsz za mieszkanie. Strach przed tym, że zadzwoni telefon a ja nie będę miała nawet na bilet lotniczy do Polski, w razie gdyby. A już, kiedy złapałam (słuszny) mandat za parkowanie na miejscu dla osób niepełnosprawnych (każdemu może się zdarzyć), to była tragedia, bo skąd ja wezmę 135 euro w i tak dziurawym już budżecie.

Moi najstarsi stażem czytelnicy wiedza, ze przebyłam długą drogę od tego czasu.
I aby trzymać się z daleka od tego bagnistego finansowo miejsca, od tych tanich tragedii – pracuję zawodowo.

No ale już dziesięć lat nie żyję sama, jestem z tym samym mężczyzną, który w tym czasie stal się moim partnerem, później mężem i ojcem mojego dziecka. Mogłabym się finansowo oprzeć na nim. Nie robię tego. Dlaczego?

Dlaczego nie opieram się na pensji męża

Z moich obserwacji (francuskiego społeczeństwa) wynika, że w rodzinach, gdzie praktykuje się taki „tradycyjny” podział obowiązków, mężczyźni tracą równowagę i na przykład uciekają w pracę. Wracają do domu, z otoczenia tak zwanego dynamicznego, do ciepłego domu, ugotowanej kolacji i umytych i uśmiechniętych dzieci…
(wróć, to jakaś bajka, nie ukrywajmy : miedzy 18h a 21h w domu w którym są dzieci w wieku szkolnym toczą się wieczne pertraktacje, o odrobione lekcje, o umycie się, posprzątanie pokoju, i inne głupoty…)
zatem wracają – coraz później , tak, żeby było już po bitwie – do domu i powoli tracą kontakt z rodziną.

Od kiedy ja pracuję, mój mąż nie może mi powiedzieć : cały dzień pracuje, wracam do domu, a tu nieposprzątane, nieugotowane, co ty właściwie robisz (pamiętacie wstęp do tego bileciku?) mój mąż uczestniczy w wychowaniu naszego synka na równi ze mną. Chodzi na zakupy (które i tak robi nie tak jakbym tego chciała, prawda, wiem, jędza ze mnie, ale robi i za to mu jestem bardzo wdzięczna), czasem sprząta. Załatwia dużo spraw, podsuwa propozycje, planuje przyszłe wspólne wakacje i projekty.

Ma dużo mniejszą presje psychiczną, bo nie jest jedynym „żywicielem rodziny”.

Wiecie, zwolnienia z pracy mogą zdarzyć się każdemu, niezależnie od stażu, doświadczenia, sytuacji rodzinnej, warunków zdrowotnych. Na razie na szczęście nic takiego się nie zapowiada, ale w jego pracy nie dzieją się najlepsze rzeczy. Aby moc złożyć dymisje, tak jak ja to kiedyś zrobiłam, trzeba móc mieć w partnerze wsparcie i oparcie, by żyć z jednej pensji przynajmniej przez kilka miesięcy.
I dlatego też pracuje zawodowo.

Razem czy osobno ? Konto w banku

Z moim mężem nie mamy wspólnego konta bieżącego.

To znaczy mamy, jedno konto z którego kiedyś płaciliśmy kredyt na mieszkanie. Uzupełnialiśmy je wspólnie, 50%-50% i służyło wyłącznie opłacaniu kredytu.

Raz na jakiś czas robimy podsumowanie wydatków, zarabiamy mniej więcej podobnie, więc sprawdzamy, czy na wspólne sprawy wydajemy mniej więcej podobnie. I tak jakoś się dzieje, że tak jest, od czasu do czasu wystawiamy sobie czeki dla wyrównania sytuacji i tak się kręci.
(Przy okazji, nie wiem, jak to się stało, że największe nasze pozycje wydatków: podatki, pensje i opłaty socjalne osób, które dla nas pracują, wychodzą z mojego konta, wydatki na wakacje, podróże i większe przyjemności – z konta mojego męża. Może wiec w przyszłości jednak założymy wspólne konto, na takie właśnie wydatki, ale na razie zadowalamy się excelem).

Ale każde z nas ma własne konto i dysponuje swoimi zarobkami tak, jak mu się żywnie podoba.

Nie potrafię już wyobrazić sobie, że musiałabym rozliczać się, lub wyjaśniać, dlaczego na przykład kupiłam to czy tamto. (Prowadzę kakebo i już wystarczająco sama siebie kwestionuje w sprawach wydatków…)

Nie znaczy to, że mam coś do ukrycia. Po prostu mamy różne finansowe priorytety a także różne zobowiązania w stosunku do naszych córek. Mamy tak zwane bagaże życiowe, i oboje chcemy być za nie odpowiedzialni, nie narażając naszego wspolnego komfortu.

I dlatego też pracuje zawodowo.

Czy spełniam się w pracy?

Czwarty powód, dlaczego pracuję?

Bo mam szczęście pracować z niespotykaną ekipą, w firmie o bardzo wysokiej kulturze pracy, która zapewnia świetne warunki. Już dawno przestalam być osoba, która „spełnia się w pracy”, która definiuje się przez pryzmat tego, co robi (a myślę, że jeszcze kilka lat temu tak pewnie było). Mam szczęście spotykać w pracy prawie wyłącznie osoby o wysokiej kulturze osobistej, często świetnie wykształcone, ale najczęściej ludzi z pasja. Osoby zmotywowane, spełnione w życiu zawodowym i prywatnym – a to się czuje – i o ogromnym poczuciu humoru.
Zrozummy się – nie zawsz jest różowo. Z jednej strony – nie lubię spędzać przed komputerem całego bożego dnia, a często na tym to polega, ciężko mi też wyjeżdżać i zostawiać Stasia (no nie dogodzisz babie). Zdarzają się ludzie obcesowi, zniecierpliwieni, traktujący mnie przedmiotowo. Z drugiej strony, udaje nam się rozwiązywać konflikty w sposób kulturalny i z uśmiechem, a na wyjazdach w delegacje nie wiem, czy przyzwoitość pozwala mi napisać, ze po prostu świetnie się bawię – czy to na spotkaniach z klientami, czy na rozmowach z kolegami z firmy. A to jest – w dzisiejszych czasach, że posłużę się kolokwializmem – bezcenne.

Gdyby tak nie było ? Znacie mnie (może odrobinę). Jeśli coś mi nie odpowiada – zmieniam to, aż zacznie mi odpowiadać…

Pensja dla Pani Domu

Myślę, że wychowanie dziecka, które oprócz przyjemności jest przecież bardzo ciężką pracą, i powinno być wynagradzane, niezależnie od dochodów partnera czy sytuacji materialnej rodziny. Taka pensja dla Pani Domu, za gotowanie, sprzątanie, opiekę nad dzieckiem. Wiecie, że spotkałam się z sytuacją pewnej rodziny, w której mąż bardzo dobrze zarabiał, a mimo to “dawał na życie” swojej żonie i matce swoich dzieci jakieś minimum, ot tyle, żeby miała za co kupić jedzenie. Jeśli chciała sobie kupić jakieś ubrania czy książkę, musiała ukradkiem dorabiać…

Niby mamy we Francji pomoc finansową od państwa (allocations różnego sortu), ale nie są to pieniądze dla osoby prowadzącej dom, tylko właśnie „zapomoga na dziecko”. To w żadnym przypadku nie sprawia, że praca kobiety (bo to my najczęściej decydujemy się na “siedzenie w domu”) w domu jest gloryfikowana, raczej przeciwnie – stygmatyzowana, jako tej „żyjącej na garnuszku państwa”.

Myślę, że gdybym przez pierwsze 2-3 lata “siedzenia z dzieckiem w domu” otrzymywała właśnie nie zapomogę ale “pensję” (pochodząca i tak z naszych podatków, na przykład na “żłobek” do którego nie mamy prawa/miejsca…) zdecydowałabym się przedłużyć mój “urlop” wychowawczy (No właśnie, nie wiem kto, ale ten ktoś miał dużo humoru nazywając ten okres “urlopem!).

Bardzo interesuje mnie wasze zdanie w temacie pracy zarobkowej.

Czy pracujecie zawodowo?

Czy wybraliście inną opcję ?

Czy jesteście szczęśliwi robiąc to, co robicie?

Czy zarabiacie tyle samo, co koledzy innej płci ? Czy gdybyście mieli wybór, czy byście pracowali? A jeśli nie, co byście robili ?

Jestem bardzo ciekawa Waszych przemyśleń.

Pozdrawiam serdecznie.

9 myśli w temacie “Dlaczego pracuję zawodowo?

  1. kaczka

    Wyprobowalam obie opcje. Z Biskwitem bujalam sie na macierzynsko-wychowawczym trzy lata. Z Dynka wrocilam do pracy, gdy dziecina miala jedenascie miesiecy. Tak wyszlo, tak moglam, tak musialam. Bralam, co los dawal albo do czego mnie zmuszal.
    Obie opcje mialy/maja swoje zalety i wady.
    Teraz pracuje, lubie ten stan, choc czynnik ludzki niejednokrotnie doprowadza mnie do apopleksji (niemiecki Ordnung to miejska legenda 🙂 Mam wyrzuty sumienia, jasne, ze robie cos kosztem cherubiatek, ale… im starsze, tym i one mniej mnie potrzebuja. Do tego mam prace, ktora pozwala mi na spora elastycznosc.
    Oprocz tego, ze pracuje dla pieniedzy, bezpieczenstwa, to pracuje tez dla idei. Moje corki widza, ze zwiazek to partnerstwo, a nie zaleznosc. Poza tym, nie sadze, ze mozliwe jest utrzymanie uczciwej rownowagi w zwiazku, w ktorym zarabia tylko jedna strona. Prove me wrong 🙂 Ludzie moga miec jak najlepsze intencje, byc jak Dalaj Lama w zwiazku z Matka Teresa, ale argument pieniedzy ZAWSZE wyplynie. ZAWSZE.

    Odpowiedz
  2. ERRATA

    Uważam, że praca obojga ludzi w związku czy rodzinie jest po prostu zdrowa dla każdego z nich. Nie wyobrażam sobie zajmować się wyłącznie domem, tak samo jak nie wyobrażam sobie w tej roli swojej kobiety (ona siebie tym bardziej!). Praca daje odskocznię od życia rodzinnego i na odwrót. Poza tym możliwość większego czy mniejszego realizowania się w pracy i rozwijania kariery, nawet tej drobnej, jest ważna dla poczucia własnej wartości. Ale jestem też w stanie wyobrazić sobie, że ktoś może się w pełni realizować w domu. Tu chyba nie ma zasady.

    Odpowiedz
    1. Baba Joga Autor wpisu

      Dziękuję za Twój głos. Myślę, że są w życiu momenty, w których można robić z przyjemnością rzeczy, o których wcześniej myślało się z niepokojem.
      I myślę, że w naszym społeczeństwie zbyt często właśnie podbudowujemy sobie poczucie własnej wartości pracą. Dla mnie jest to pułapka.
      Ale zgadzam się z tym, że praca obojga ludzi w związku jest zdrowa. O ile kobieta, wracając z pracy do domu, dzieli się również sprzątaniem, gotowaniem, ewentualnie zajmowaniem purchlątek po równo z partnerem:-)
      Z tym ostatnim widzę, jako społeczeństwo, mamy problem 😉

      Odpowiedz
  3. Magda Mamit

    Jako świeżo upieczona mama jestem na “urlopie” macierzyńskim dopiero 3.5 miesiąca. Mimo fatalnych benefitow w UK (nie wiem kto je wychwala bo przy dwójce pracujących osób praktycznie nic nam nie przysługuje poza Child benefit który dostaje każdy ok £20/tydz) zdecydowaliśmy z partnerem że będę z małym przez rok (braki finansowe wynikające z braku mojej pensji pokrywa oszczędności) a potem przedszkole.
    Do pracy wrócę z kilku powodów: 1. Nie jesteśmy w stanie na dłuższą metę utrzymać się z jednej pensji; 2. Uważam że dla dobrego rozwoju malucha powinien przebywać wśród dzieci więc przedszkole to fajna opcja. Niestety w UK to są gigantyczne pieniądze. Więc nawet gdybyśmy chcieli aby Franek chodził tylko ma pół dnia ja muszę pracować; 3. Nie jestem typem “kury domowej” (bynajmniej nie chcialabym obrazic dziewczyn prowadzących dom i wychowujących dzieci! To jest super ciężka praca !) I zwyczajnie potrzebuje pracy aby wyjść do ludzi; 4. Jestem w bardzo fajnej sytuacji zawodowej. Osiągnęłam tzw. sukces , mam fajne stanowisko, fajne zarobki. Niczego już nie muszę udowadniać ani sobie ani innym. Pracuje z super ludźmi, na poziomie. Praktycznie sami Anglicy. No i ten angielski humor ! Zwyczajnie lubie moja prace i osoby w moim zawodowym otoczeniu. 5. Dwie pracujące osoby to dwie pensje. Większe realne szanse na gromadzenie chociaż skromnych oszczędności (byłam w sytuacji kiedy nie było mnie stać na bilet miesięczny i chodziłam do pracy 40 min z buta, zimą- bez zimowych butów bo nie miałam na nie pieniędzy). I mniejsza presja dla tej jednej osoby utrzymującej cała rodzinę.

    A co bym chciała robić gdybym mogła wybrać cokolwiek… Może rozkrecilabym własny biznes , coś z rękodziełem:-)

    Odpowiedz
    1. Baba Joga Autor wpisu

      Przede wszystkim – życzę Ci, byś wykorzystała każdą minutę urlopu wychowawczego.
      Wszystko się ułoży na właściwie miejsce, oszczędności się odbudują, hormony ustatkują i będzie super 🙂
      Ściskam 🥰

      Odpowiedz
  4. Pat

    Nie mam dziecka, jednak z moim partnerem staram się utrzymać piękny układ 50/50. Ja gotuje, on sprząta. On prasuje, ja zajmuje się praniem. Dopóki oboje pracujemy (i mamy podobne dochody), nie widze zadnej podstawy, aby wziąć na klatę więcej obowiązków, bo kulturowo tak się przyjęło. Do tego stopnia, że jeśli mój facet wraca później z pracy (a cierpi na francuski pracoholizm), uświadamiam mu, że to są tylko i wyłącznie jego wybory i musi ponosić tego pełne konsekwencje (czyli prasowanie i sprzątanie czeka). Nie widzę absolutnie żadnego usprawiedliwienia w regularnym pozostawaniu po godzinach i przerzucania na mnie swoich obowiązków. Oczywiście nie wyklucza to sprawiania sobie małych przyjemności oraz wyręczania się wzajemnie, aby poczuć wagę obowiązków domowych drugiej strony (co pomaga w umacnianiu szacunku do tej pracy zwykle wykonywanej innymi rękoma).

    Na sam koniec często przypominam mojemu facetowi, że nasz cyrk domowy dobrze działa, ponieważ OBOJE robimy swoją część roboty, dzięki czemu mamy czas się oboje spotkać na równej stopie (zmęczenia, zaangażowania etc).

    Znam niestety masę dziewczyn, które “zrobią lepiej”, “on jest zmęczony”, “tak zostałam wychowana”, “no kto to widział by on sam sobie koszule prasował”. Współczuję drugiego etatu w domu 🙁

    O związkach polegajacych na partnerstwie (a nie na zależności) trzeba mówić!
    Potrzebujemy takich przykładów!

    Odpowiedz
  5. Lu

    osobiście byłabym szczęśliwa, gdyby mój urlop macierzyński trwał, jak jest obecnie, rok. przerobiłam dwa po 4,5 miesiąca i to był dramat. drugie dziecko bardzo chorowite, różnica wieku to niecałe półtora roku, można się więc domyślać, że było tęczowo. pieniądze, czas, jakakolwiek pomoc, zdrowie – wszystko na minusie. zdecydowałam się przez to na pracę w trybie 12/24, czyli dzień – noc – dwa dni wolnego, co w praktyce było mżonką, ale dzięki temu nie zostałam zdegradowana do najgorszej pracy. i również dzięki temu mąż automatycznie przejął mnóstwo obowiązków. zżył się z dziećmi tak, jak tylko matka może, wziął odpowiedzialność za wszystko – lekarzy, szczepienia, terminy, dawkowanie, pranie, zawożenie i odbieranie. dla niego to było dużo, ale dla mnie dziesięć razy więcej, bo spanie po 3h na dobę to jednak ekstremum. i mimo wszystkich przeciwności wyszło nam to na dobre. nastał naturalny podział i (mniej więcej) równowaga. mamy podział obowiązków, na który się nie umawialiśmy, ale działa. oddzielne konta i żadnego pojęcia o tym, ile kasy ma to drugie oraz na co ją przeznacza, a jednak organizujemy wspólne wakacje, osobne wypady, opłacamy dzieciom zajęcia dodatkowe, płacimy zaległe franki i złotówki, co w niczym nam życia nie utrudnia.
    jestem teraz na dwudniowym zwolnieniu – opiece na dziecko i dosłownie przed kilkoma minutami rozmawialiśmy z mężem, że kobiety mogące pozwolić sobie na pozostanie w domu do czasu, aż wyprowadzą dzieci i domową rutynę do porządku to szczęściary. nikt im nie każe ograniczać się wyłącznie do rodzimych pieleszy, ale też nie zmusza do podejmowania wyborów, w wyniku których z wielu fundamentalnych spraw trzeba zrezygnować. jestem całym sercem za zindywidualizowanym podejściem do związku, ale zawsze przy udziale partnerstwa i zaznaczeniu odrębności jednostki.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.