Archiwum kategorii: podróże

Trzy-czte-ry czyli Busko Zdrój

No bo ileż można pisać o tym, że się jedzie z Mężem, Synem, psem i serami przez trzy dni 1500 km?

W niedzielę Mąż się odstawił na lotnisko w Balicach.

Ok, prawie się biliśmy o to kto ma prowadzić, tak miejsce za kierowcą było mało wdzięczne. Nie dość, że z ciała robiło się origami, to siedzący po prawicy Syn asertywnie dawał do zrozumienia co sądzi o tej podróży.

Czytaj dalej

Dzień drugi, road trip

Będzie ich ze trzydzieści, mam nadzieje, ze się Wam nie znudzi 😉

Zatem

Pożegnaliśmy Kaczkę i prawie spod francuskiej granicy pomknęliśmy przez Niemcy w stronę Polskiej granicy. Rozkminiamy, dokąd uda nam się dojechać, czy pod Wrocław, czy pod Kraków.

Po siedmiu godzinach (sic!) dotarliśmy do Drezna.

Nie pytajcie… już pisałam wczoraj, że zaliczamy co drugi parking na tej trasie…

W podróży nie chodzi ponoć o to, by gdzieś dotrzeć, tylko po to aby podróżować. Co też uskutecznialiśmy w tę sobotę. A że lubimy z Mężem robić ciagle rzeczy po raz pierwszy, pierwszy raz podróż do Polski zabiera nam 2 noce. Czytaj dalej

Podróż do Polski (dzień pierwszy)

Zaczęło się od tego, że Mąż mój wstał o piątej, „żeby popracować”. Kiedy się obudziłam, wróć, kiedy obudził się Stasiek i przemknął mi cień nadziei, że może się nim zajmie jeszcze z pół godzinki, Mąż odwarknął, że ma dużo spóźnienia. Nożeszku, żeby być spóźnionym od piątej nad ranem. Od słowa do słowa („No dzięki bardzo za twoje wsparcie!” „Jakie wsparcie człowieku, poluzuj trochę z tą robotą”, taki nasz klasyk) okazało się ze i tak przesunięta kilka dni temu na 17h godzina wyjazdu znów się obsuwa.

„Odbieram kolegę z dworca, jedziemy do Valence, a później prowadzę dwa warsztaty w centrum Lyon, wrócę po 18h”. Orzeszku…

Pokłóciliśmy się, jak zwykle przed podróżą, jak zwykle bez umiaru. Powiedziałam, że wyjeżdżam o 16h30, z nim na pokładzie lub bez niego. Nagle drugie warsztaty „się” odwołały.

Głupia baba, o półtorej godziny robić chłopu burdę, pomyślałby ktoś z niesmakiem. Ale wiedzcie, że po pierwsze, piątek godzina 16h30 to czas, gdy odbiera się dzieci ze szkoły (korki w mieście) i rusza na weekend (korki przy wjeździe do miasta od 17h00). Półtorej godziny spóźnienia może wydłużyć podróż o półtorej godziny korków, co daje 3 godziny spóźnienia. A i tak nadużyłam cierpliwości Kaczki, anonsując przyjazd o nieprzyzwoitej porze…

Po drugie, mój Mąż przesadza jeżeli chodzi o relacje z pracą, i jest to temat, który wałkujemy od kilku lat. Należy on do tych Francuzów, dla których wyjście z biura o 17h to jak „wziąć wolne popołudnie”, postawa która już od dawna (od kiedy pokłóciłam się z byłym szefem kilka lat temu) mnie zniesmacza.

Ok. Wyjechaliśmy. Korki umiarkowane, just on time.

To teraz Stasiek, który nie cierpi jazdy samochodem, wył do pierwszego parkingu, zaraz za bramką w Montluel (20 km od domu).

https://chatkababyjogi.pl/wp-content/uploads/2019/03/img_0062.mov

Czytaj dalej

Podróż do Polski

W mojej głowie ta Podróż do Polski zaczyna urastać do rangi wyprawy na biegun południowy.

Postanowiliśmy – przy okazji tego, że Mąż ma spotkania w Sophia Antipolis „a co ja będę sama robiła w domu?” – przetestować, jak sobie poradzę.

Ja, stara podróżnicza wyga, jak sobie poradzę w podróży ?

Tak.

Bo turystyka prawie samotna, z dzieckiem (!) (i jego wózkiem) i psem (!!), po Polsce (której już nie znam tak dobrze …) rysuje się hardcorowo.

Staram się, wróć, zmuszam się, do tego, by być zorganizowaną. Ale natura ciągnie wilka do lasu. Ciagle o czymś zapominam (co powoduje, ze muszę kupić nagle jakiś drobiazg, który się naprawdę przydaje, jak t e r m o s (!) na ciepła wodę do mleka dla dziecka… dzisiaj w sklepie trzymałam Staśka na rękach i wyszłabym bez wózka.

Mój synek najwidoczniej nie cierpi podróży samochodem. Nie wymiotuje (jeszcze?) ale płacze tak rozpaczliwie, że bez cyca co 30 min jest źle.

Mój pies, cóż, nie dogadaliśmy się z Mężem w sprawie jego edukacji, i to zwierzę ciagle wyprowadza mnie na spacer „na latawca”.

Pies jest kochany, ale mówię Wam, jak wyprowadzam go z dzieckiem w nosidełku, albo w wózku, to przechodnie mają niezły ubaw a ja zadaję sobie pytanie „po co”…

Z tej krótkiej podróży na południe Francji już (a wyjechaliśmy zaledwie wczoraj w południe) wyciągam następujące wnioski:

1. Listy, listy, ludzie listy piszą. Stoję przed koniecznością zrobienia kilku list:

◦ ubrania dla dziecka i dla mnie (minimalna lista, powiedzmy taki projekt 333) bo widzę, że znów w ostatnim momencie wyciągałam z kosza z brudnymi ubraniami wczorajsze spodnie dla małego a w torbie mam za to 10 body.

◦ Lista pralni samoobsługowych w miastach, w których się zatrzymamy (mam nadzieję, że są w Polsce takowe). Jest to cena przekonań i życia w zgodzie z własnymi decyzjami. Pieluszki prac muszę co 48 godzin i basta. To jest cała logistyka (jedna torba na brudne pieluszki, druga na czyste, co niby jest logiczne, ale kiedy piorę pościel ze studio, nie jest ona zasikana, wiec jedna torba mi wystarcza…)

https://chatkababyjogi.pl/wp-content/uploads/2019/03/img_9634.mov

◦ Lista zawartości torby „żarcie dla małego”. Bardzo się cieszę, że kupiłam ten aparat do gotowania na parze. Jest mały, lekki, wchodzi do zwykłej torby na zakupy i otwiera przed nami wiele możliwości. Plus noże do obierania i krojenia warzyw, niezbędnik do czyszczenia tego sprzętu, naczyń dziecka itp… (No jak się chce być zero waste…)

◦ lista wegańskich restauracji oraz sklepów ze zdrową żywnością…serio, gdzie się w Polsce kupuje warzywa sezonowe, lokalne i bez pestycydów ? Czy jest jakaś inna sieć, prócz tych bez owadów i płazów w nazwie?

2. Trasa i rozplanowanie wożenia się – nie żebym była psychosztywna i ze nie pozwolę sobie na zmiany i szaleństwa, ale serio, mój mały tak wyje, że albo ograniczę się do jeżdżenia samochodem w godzinach jego hipotetycznej sjesty, albo będę podróżować nocą, albo robić przerwy co 30 min na cyca…

3. Muszę zorganizować moje Clio prosto z raju tak, żeby zmieściło się to wszystko, co chce ze sobą zabrać (w obie strony). Wózek zajmuje jedno miejsce i albo on jest w bagażniku albo bagaże …

(Na zdjęciu : zawartość mojego bagażnika : wózek i torba brudnych pieluszek…)

(Na zdjęciu : podręczne, niezbędne drobiazgi. Minimalizm, gdzie jesteś ?)

4. No i doczytać o tym, gdzie mogę się pojawić z psem. Bo to jest dodatkowe utrudnienie tej wyprawy, z małym dzieckiem niż psem…

Zmęczyłam się tylko o tym myśląc .

No właśnie, po co mi zatem ta podróż?

Bo go jest jedyny moment w moim życiu (tak to dzisiaj widzę), że mogę wziąć samochód, dziecko i psa i wyjechać z Francji na 5 tygodni (w egzotyczne kraje), prosząc jedynie o podpis ojca dziecka na zgodę na wywiezienie dziecka z kraju. Jedyny taki moment w życiu, gdzie o trasie decyduję ja i przeznaczenie (choć jak zrozumieliście – o jej przebiegu raczej Stasiek).

Odwiedzę Rodziców, Siostrę, Babcie, Dziadka, Rodzinę…

Odwiedzę przyjaciół.

Będę miała okazję poznać osoby, które znam z internetu od ZAWSZE (kaczko!!!)http://la-terra-del-pudding.blogspot.com/?m=1

Czy wiecie, że z Kaczką znamy się najwyraźniej od czasów mojego pierwszego bloga, kiedy przyjechałam do Francji, czyli z czasów gdy urodziła się Irenka… z czasów blogów Wawrzyńca Pruskiego i Zimno… prehistoria.

Spotkam się również z wieloma wspaniałymi kobietami z Klubu Polki na Obczyźnie.

Tak. Dla tych wszystkich spotkań – warto nie siedzieć w domu, potrudzić się nieco z organizacją spania, prania, gotowania.

Odwiedzimy ze Staśkiem place zabaw, piaskownice, lasy i pola.

Dla tych wszystkich miejsc – warto nie siedzieć w domu i po prostu się nieco wysilić.

Według mnie, rzecz jasna.

Bar Nos

Gigondas 

Gigondas jest to miasteczko w południowej Francji, które dało swoją nazwę jednej z apelacji AOC, wyodrębnionej z Côte du Rhône.  Dziś liczy sobie trochę ponad 500 mieszkańców.

Być może słyszeliście o francuskim polityku i uczonym z XIX wieku, Eugeniuszu Raspail, który był archeologiem, paleontologiem i geologiem. Odziedziczył po ojcu domenę de Colombiers i postanowił podejść racjonalnie do uprawy winorośli. To on sprawił, że wino Gigondas płynęło hektolitrami do Lyonu i tu zyskiwało rozgłos. Nie wiem, czy archeologiem był z zamiłowania czy z oportunizmu, może po prostu spotkał w życiu dużo sprzyjających okazji i potrafił je wykorzystać. Odkrył na przykład w okolicznych górach skamieniałe 3-metrowe jaszczurki, opisał je i nadal im nazwę. Podczas prac w winnicy Eugene odkrył głowę Bacchusa z czasu rzymskich. Kiedy indziej kupił wygrzebaną u sąsiadów rzeźbę, którą odsprzedał londyńskiemu British Museum, a pozyskane środki pozwoliły mu przekształcić “domenę” w “chateau” (chateau Raspail)

Dziś, w świąteczny czwartkowy wieczór miasteczko było słoneczne, senne i puste. Czytaj dalej

Viva Las Vegas

Pozbieram się po tym szalonym tygodniu i napiszę o rozrywkach Las Vegas – bo tym razem doświadczyłam tego miasta w sposób “filmowy” – kolacja w uroczej restauracji, spektakl Cirque de Soleil, kluby nocne z prawdziwego zdarzenia…

Na początek : The Venetian.

Venetian,  ten hotel-casino zrobil na mnie naprawdę niesamowite wrażenie. Liczy sobie ponad 4000 pokoi hotelowych, a jego luksusowa “dobudówka”, Palazzo, ponad 3000 ! Oczywiście, dysponujac 7000 pokoi hotelowych (jeden z najwiekszych hoteli na świecie !) posiada własne centrum konferencyjne. Największe wrażenierobią  oczywiście weneckie kanały i gondolierzy śpiewajacy turystom prawdziwe arie! 

Gondolierzy w The VenetianTo oczywiście W hotelu, pod dachem…

Mieści się tam aż 16 restauracji, my wybraliśmy Mercato Della Pescheria. Na San Pellegrino skończyło się porównanie z Europa i włoska kuchnia, ale przecież nie dla smaku tu przyszliśmy, ale by posiedzieć na Placu św.Marka w środku amerykańskiej pustyni.

Płac św Marka w the Venetian

Nawet kostka brukowa wygląda jak świeżo po deszczu…

Cirque du Soleil i show “ô”

Byliśmy na niesamowitym show (bo przedstawieniem się tego nie da nazwać) Cyrku Słońca, czyli Cirque du Soleil, pod tytulem “ô”. 


Tytuł puszcza “ôczko” francuskiemu słowu “eau”, “woda”. Cyrk ten, w którym nie występują zwierzęta, ma rownolegle kilka przedstawien rozsianych po całym świecie. Jednak “ô” można zobaczyć tylko w Las Vegas, w hotelu Bellagio, a to dlatego, ze wybudowano, na potrzeby spektaklu specjalny basen, do którego z wysokości prawie 20 metrów skacza – czasem – mistrzowie olimpijscy ! Spektakl składa sie z 11 mini-przedstwawień i powiem Wam (brzydko), że kiedy otworzyła mi się, zupełnie niechcąco, buzia, gdy “podniosła się kurtyna” 

Kurtyna się podniosła, an raczej zniknęła by na koniec spektaklu wyskoczyć z ...kufra! Tak. Ta cała czerwona tkanina to jedwab, który zmieścił się w kufrze !
tak nie zamknęła mi się do ostatniego aktu. W tak zwanym międzyczasie wyrwało mi się z piersi nie raz i nie dwa “ACH!”.

Nightlife – Marquee i The Cosmopolitan

Większość targów organizuje, rownolegle do dziennych spotkań na hali wystawy, imprezy wieczorne. Mieliśmy szczęście załapać się do Marquee w hotelu the Cosmopolitan. Wiecie, ostatnie miesiące ryczącej trzydziestki, nie chadzam  regularnie po klubach nocnych, dlatego stanie w długaśnej kolejce, bycie sprawdzona przez pięciu ochroniarzy, ostemplowana dwukrotnie przed wejściem do sali nie zdarza mi sie na codzień. No ale kiedy już znalazłam się w środku, trudno było mnie wyprowadzić:)

Proszę pani, jutro, to znaczy dzisiaj, za 6 godzin otwieramy stoisko... Otwierajcie ! ?
No i moje wrażenia z targów. Na NAB, czyli National Association of Broadcasters przyjechało około 140 tysięcy ludzi. Było to pierwsze w moim życiu tak ogromne show.

Pomijając fakt, że ten rynek jest dla mnie wciąż nowy – weź człowieku znajdź potencjalnego klienta w takim tłumie!

Na codzień nie po drodze mi z telewizją, nie oglądam, nie znam celebrytów i VIP-ów, i powiedzmy szczerze, wszystkich ludzi traktuję z taką samą sympatią.

Po takim wprowadzeniu, przejdę do sedna. Bliskość LA sprawiła, że najczęściej słyszanym przeze mnie zdaniem było : “Google me, you will know who you talked to…”

I to jest chyba najciekawsze podsumowanie  mijającego tygodnia. Poznałam masę bardzo ciekawych lub po prostu miłych ludzi, nasłuchałam się komplementów, wracam z to-do-listą pracy na wiele tygodni…

Bawiłam się świetnie… ale cieszę się, że wracam do domu, do męża, psa, bałaganu w mieszkaniu, fochów moich nastolatek, szykowania naszego polskiego wesela…

No i do Was, bo też troszkę się stęskniłam 🙂

Wielkanocnie 

Szczęście to między innym spędzanie Świąt z ludźmi, których kochasz, robiąc to co lubisz.

Lecimy do Polski. Czekamy na przesiadkę.

Czytam książkę, zbiór poezji, moja głowa na sześciopaku mojego męża. Upajam się słowami, tymi pisanymi i tymi, którymi moje ukochane osoby komentują filmidło.

Koczujemy na środku hali B frankfurckiego lotniska, we trójkę.

Chwilo trwaj, jesteś taka piękna.


Wam też życzę Udanych Świąt.

Dziennik pokładowy – moje greckie wakacje

Dzień pierwszy. Wtorek.

Przylecieliśmy wieczorem.

Pokłóciliśmy się już na pokładzie samolotu, o jakąś głupotę oczywiście.

Na lotnisko przyjechał po nas Alex, mąż Izy i wiezie nas na działkę, skąd nazajutrz wyruszamy w dalszą podróż.

Izę znam z fb, wiedziałam  że z mężem organizują żeglowanie, własnym jachtem po greckich morzach i jeszcze zimą zarezerwowaliśmy tydzień na łódce.

Teraz siedzimy na ich tarasie, Benoit wściekły, ja zażenowana, nasi gospodarze też pewnie czują się nieswojo. („zakochani, za miesiąc się żenią” a my tu taki cyrk …)

Z Benoit nie zszedł jeszcze stres związany ze sprzedażą firmy, i dopiero tu w Grecji doszło do niego (sic!), że Iza i Alex mówią po polsku i że czekają go polskie greckie wakacje. Czytaj dalej

Jak Człowiek z Człowiekiem

Skończył się właśnie mój weekend w Londynie z moją Mamą. Odstawiłam ją aż do wejścia ochrony, na terminalu 2 lotniska w Heathrow. Na karcie pokładowej nie było numeru Gate, więc pożegnałam ją zmartwioną, bo bała się, że nie znajdzie bramki. 
W prezencie urodzinowym ofiarowałam jej wspólny wypad do jakiegoś europejskiego miasta, do którego łatwo trafić i z Łodzi i z Lyonu, tak byśmy spotkały się na niezależnym gruncie.

Jak przewidywałam, zalało mnie całe morze emocji, od radości, szczęścia, satysfakcji, rozczulenie po niepokój (czy na pewno spędzamy ten czas właściwie?) i rozdrażnienie (ach, te nasze rozmowy o obcokrajowcach i o śmieciach;-))

Moja Mama chciała zobaczyć muzeum Madame Tussaud. Ale nie zarezerwowałam wcześniej biletów, i kiedy tam dotarłyśmy w sobotę o 11h, kolejka była kilkusetmetrową (i do tego posuwała się jak krew z nosa). (To było dla niej dość duże rozczarowanie)

Stamtąd poszłyśmy spacerem przez park do Natural History Museum. 

Po drodze wstąpiliśmy do Harrodsa i kupiłam sobie sukienkę na ślub cywilny. 

Przeczytawszy – fajnie to brzmi w jednym zdaniu 🙂 Uściślę więc, bo moja błędna interpunkcja wpuszcza w maliny: sukienki ślubnej nie kupiłam u Harrodsa ale w sklepie obok. Wiedziałam że tam na mnie czekała. I bardzo się cieszę, że mogłam wybierać ją właśnie z moją Mamą.

Po obiedzie e Eat. (wygenerowałam masę plastikowych odpadów, aż mi się głupio zrobiło) poszłyśmy do muzeum. 

I to był też trochę magiczny moment, bo zwykle to rodzice prowadzają dzieci po muzeach, u mnie było tym razem odwrotnie;-) 

Dużo chodziłyśmy, bo jeszcze Mama chciała zobaczyć Pałac Buckingham (po jej minie byłam gotowa iść o zakład, że nie tak sobie go wyobrażała:-)

Posiedziałyśmy w parku St James, gdzie zaatakowała nas jakaś żarłoczna i bezczelna wiewiórka, resztką sił zawlekłyśmy się pod Big Bena i stamtąd wróciłyśmy do hotelu.

Pomyliłam autobusy i podróż trwała nieco dłużej niż myślałam. 

Lubię Londyn, to moje ulubione miasto i bywam tam cześciej niż w Paryżu, jednak nie znam go jak własnej kieszeni. Poszłyśmy do przyhotelowej brasserie. Była bardzo w moim stylu, dobre, świeże jedzenie, ceny może nie należały do najniższych, ale z kosmosu tez nie były (65£ za kolację dla dwóch osób- uważam, że to było ok). Ale moja Mama nieustannie przeliczała wszystko ze funtów na złotówki (chociaż przecież była zaproszona:)), a to może, przyznam, odebrać apetyt. 

A wiecie, co robią starsze osoby (Piszę “starsze” bo ona sama tak o sobie mówi), kiedy czują się nieswojo? 🙂 zaczynają porównywać i szukać dziury w całym, zamiast cieszyć się chwilą 🙂

Tak mi się przynajmniej wydaje, bo normalnie, na codzień, nie spotykam się ze “starymi ludźmi”. Moi Teściowie są rówieśnikami moich Rodziców ale do głowy im nie przyjdzie porównywać jabłka z marchewką.

Na przykład : 

-“dobry ten mus czekoladowy, pewnie użyli dobrych i świeżych jajek, bo smakuje jak kogel-mogel, który nam robiłaś w dzieciństwie”. 

– “ale nie tak świeże jak jajka od pani Kowalskiej na wsi!”…

Idąc tym tokiem, na każdą próbę sprawienia komplementu i wyrażenia radości z bycia razem w tym fajnym mieście (ktore sama wybrała:-)) miałam kontrargument w postaci “a u nas”… 

Na koniec zaczęłyśmy się obie z tego śmiać.

“Przypomniało mi się, jak Mnie obsztorcowalas, że porównałam Champs Elises do Piotrkowskiej” powiedziała w końcu Mama. Faktycznie. Kiedyś w Paryżu wyjechała mi z takim tekstem, a mnie momentalnie przeszła ochota pokazywania jej piękna Miasta Miłości, bo po co? Skoro trafi to do worków pamięci jako “kolejna Piotrkowska”, kolejny Płac Zwycięstwa” “Kolejna Retkinia”.

(…)

Udało nam się z St Katherine’s Pier wziąć tramwaj wodny do London Eye, przeszłyśmy stamtąd wzdłuż Tamizy, do Katedry St Paul, następnie wylądowaliśmy w krypcie U St Martin na pysznym (i tanim;)) obiedzie, polazilysmy po Covent Garden i wróciłyśmy do hotelu odebrać bagaże.

Po drodze jeszcze usłyszałam, 

“Ta Tamiza jest zupełnie jak… ”

“Jak w Łodzi!” Przerwałam ubawiona.

Mama się zmieszała ale ze śmiechem odpowiedziała: 

“Nie, jak Rodan”.
Dyskutowałyśmy o porównaniach.

W moim odczuciu porównania są ograniczające. I krzywdzące. Ta rzeka jest jak Rodan, czyli dałam jej etykietkę “duża rzeka w mieście” i zupełnie nie interesuje mnie już więcej. Ani skąd płynie, co w sobie niesie i dokąd, jak jest wykorzystywana itp…

Wiecie …

Jestem z niej dumna. Bo chciało jej się wziąć ten autobus w Łodzi, przemóc obawy związane z podróżowaniem do obcego kraju bez znajomosci języka, zarezerwowała dla mnie swój weekend, znalazła się w miejscach i sytuacjach, które były jej zupełnie obce. I nawet powiedziała, że “było super” 😉

Bardzo się cieszę, że zobaczyłyśmy się, po raz pierwszy tak na zupełnie innych warunkach – jak Człowiek z Człowiekiem, dwie kobiety-turystki, zapominając o męczących rolach Matek i Córek.

Nasze życie toczy się w światach paralelnych. Nasze wspólne zycie zatrzymało się przecież przed moim wyjazdem z Polski. Podczas tych krótkich spotkań rodzinnych w Polsce nie zdawałam sobie z tego sprawy – że obie się starzejemy.  Że coraz bardziej zachowujemy się obie jak mieszkanki rożnych planet. Fajnie było zrobic to spotkanie bliskiego stopnia.

I z przyjemnością powtórzę taki wypad tylko we dwie. Może do Portugalii? 🙂

Tęsknię.


Ps. Jesli czytają mnie Dziewczyny z Klubu Półek na Obczyźnie – dziękuję Wam za komentarze z forum (szczegolnie Agacie ;-))

#94 – Pocztówka z okolic Toronto

Na lotnisko wyjechali po nas Magda, Paweł i Natalka.

Magda jest moją koleżanką z czasów studenckich, należałyśmy do studenckiej grupy cheerleaderek, tańczyłyśmy na żeńskich meczach pabianickiej Polfy i byłyśmy piękne i młode. Czytaj dalej

#93 – Pocztowka z Nowego Jorku

Albo zapiski z naszej podróży z Irenką.

Przyjechałyśmy tu, by zobaczyć Nowy Jork takim, jaki chciała go zobaczyc moja dwunastoletnia córka.

Bardzo chciałabym, żeby były tu opisy naszej wycieczki po muzum sztuki i muzeum sztuki współczesnej, recenzja spektaklu na Brodwayu, ale nie, tego tu nie znajdziecie. Czytaj dalej

#78 – Pocztówka z Kalifornii

Po fantastycznym weekendzie przyszedł czas na obowiązki służbowe. Mam dziś trzy spotkania i duuuużo jazdy samochodem. Siedzimy z szefem w korkach i komentujemy, to co widzimy, to co słyszymy, to co przeczytaliśmy. Najcześciej (poza tematem, ktory nas tu sprowadził) rozmawiamy o środowisku i lajfstajlu. Czytaj dalej

#42 – London Town – co zwiedzic z 12-to latkami ?

Siedzimy na alpejskiej lace (tak, ucieklismy z miasta, od dwoch remontow) i planujemy przyszly weekend. Wybieramy sie, Cztery Patchworki, do mojego ulubionego miasta.
O ile wiem jak sie soba zajac, kiedy mam tam wolne popoludnie lub wieczor, o tyle zwiedzanie z dwojka podrostkow. Rooftop bary odpadaja. Co wiecej, natknelam sie na opis obrazu pewnego holenderskiego misrza:


The Effects of Intemperance by Jan Steen, Czytaj dalej

#23 – Co warto zwiedzic w Lyonie : musee des confluences

Confluences – czyli spotkania, połączenia. Piękna nazwa dla Muzeum. Powstało w miejscu spotkania dwóch rzek, Rhône i Saône. Spotykają sie w nim Antropologia, Etnografia, nauki o Ziemi, Biologia, Filozofia i wiele, wiele innych Nauk, i spotykają nas, zwiedzajacych. Nie dajcie się  zmylić tej brzydkiej bryle, kryje ona w sobie wiele niespodzianek. Czytaj dalej

#12 – Walizka

Miałam zatytułować ten bilecik : “Walizka Minimalistki w Podróży slużbowej”, ale po rozmowie z kolegami z pracy zmieniłam zdanie.

W powszechnej opinii mimilalizm jest mieszany z “frugal style of life”. Minimalista “musi” zadowalać się “minimum”, bez wzgledu na estetykę, jakość otaczajàcych go przedmiotów, czy po prostu własny gust. Musi liczyć ilość posiadanych przedmiotów i ciągle się zmuszać do nieposiadania. Czytaj dalej