Noworodek i „zero śmieci”

Zacznę od spojlera. Spodziewałam się, że pójdzie nam trochę lepiej w domenie „zero waste”.

Rozpocznijmy od tematu mało glamour, jakim są pieluszki. Ponieważ później będzie już tylko gorzej, zatem : âmes sensibles s’abstenir, jak mówią Francuzi, czyli, jeśli brzydzi Was ten temat, można sobie odpuścić lekturę.

Wielopielo vs pieluszki jednorazowe

Przyszykowałam sobie zacny – w moim odczuciu – komplet na początek przygody z pieluszkami wielorazowymi (kupiłam polską markę Pupuś i jakoś nie doczytałam, że są to jednak Chinki…). Mamy otulacze, mamy kieszonki, wkłady różnego rodzaju i jakieś 30-40 pieluszek tetrowych.

Kupiłam również 2 paczki pieluszek jednorazowych – taki był wymóg do szpitala, aby przyniesc swoją paczkę.

Z drugiej strony chciałam mieć zabezpieczenie na wypadek, gdyby mój mąż ostatecznie odmówił używania pieluch wielorazowych, lub gdyby któraś z córek chciała przebrać brata. Lepiej jest mieć w domu na zapas, wybranej przez siebie marki, niż biegać po nocnych aptekach lub stacjach benzynowych i płacić za naszpicowane chemią pieluszki cenę jak za złoto. (Mówiąc o chemii mam na myśli te substancje, które pozwalają wchłaniać wilgoć, często są to mikrokuleczki, czasem żel. A, i w niektórych pieluszkach jest też „miarka wilgoci”, część pieluszki zmienia kolor, gdy jest pełna moczu).

Ostatecznie znaleźliśmy jednorazowe pieluszki firmy Marmaille (eko, produkowane przez francuską firmę, stosunkowo niedrogie) oraz dla porównania inną eko-markę, dostępną w Bioocopie: Naty. Z lekkim sercem polecam Marmaille, są bardziej miękkie i lepiej przylegają do pupki. Do tego cena jest bardzo przyjazna: za paczkę 50-czy sztuk rozmiaru 1, zapłaciłam 10,90€ a 20-tu sztuk rozmiaru „2” (od 4 do 9kg)płacę 4,90€.

Nasza Wielopupka jest aspirującą wielopupką. Moim absolutnym ulubieńcem na tym etapie życia mojego synka jest kombinacja tetry złożonej w latawiec plus otulacz. Kilka razy oczywiście zdarzyły nam się totalne przecieki, ale idzie nam coraz lepiej, szybciej też wiemy, kiedy Bébé potrzebuje natychmiastowej zmiany pieluszki.

I tu mamy pierwszą mega niespodziankę. Byłam przygotowana na około dwanaście-piętnaście zmian pieluszki na dobę. A tu trafił nam się wyjątkowy sikacz i kupkacz.

Ale jak mówię wyjątkowy, to proszę usiąść : zmieniamy pieluszkę gdy się budzi, przed karmieniem. Zmieniając pierś przy karmieniu robimy przerwę techniczna na kolejną zmianę pieluszki. Jest głodny, ale gdy ma mokro, zaczyna się wiercić i ciućkać mi sutki, a nie ssać a co sutki są winne, że pan S. lubi mieć sucho? Po zakończonym posiłku zmieniamy jeszcze minimum raz.

A że karmimy się „na życzenie” – czyli mniej więcej co 2-3 godziny, plus, gdy jest gorąco, sesja kilku minut “picia nie jedzenia” nie nadążam z praniem.

Jak już zmieniliśmy ze 3 razy pieluszkę w ciągu godziny, czwartą jest na bank jednorazówka.

Jednorazówki zakładamy tez po pierwszym nocnym karmieniu, koło północy oraz w nocy. Zatem bywa, że zużywamy 3-5 pieluszek jednorazowych na dobę. Co uważam za całkiem niezły wynik.

Na razie na spacery i wizyty lekarskie zakładamy wielopieluchy, ale mam przy sobie zawsze 2-3 jednorazówki, gdyby przydarzył się armagedon.

Liczę na to, że się to wszystko niedługo unormuje. W tym czasie uczymy się : jak się najlepiej składa i zakłada pieluchy, jak się najlepiej je pierze i czy warto je prasować.

Nie uważam, aby było to uciążliwe czy obrzydliwe – zresztą, te pierwsze, mleczne kupy nie są przecież najgorsze, prawda? Zwyczajnie nie mam tylu pieluch i otulaczy, żeby nadążyć z rytmem przemiany materii mojego syna.

Przechowujemy zużyte pieluszki na razie w wiaderku z wodą, do której dodaję 3 krople olejku cytrynowego. Nawet mój mąż Jeżeli chodzi o pranie : najpierw włączam cykl płukania, a następnie piorę w 40 stopniach.

Przy naszych temperaturach, kiedy wywieszam pranie wieczorem, rano ścigam suche pieluszki.

Czy mi się chce ? Przyznam : nie raz, nie dwa, zmęczona i z oczami otwartymi tylko dzięki zapłkom, miałam ochotę pieprdyknąć te tetry i otulacze w kąt, kupić zapas jednorazowych i przejść do czego innego. Ale nieoczekiwanie do akcji „wielopielo” włączył się Mąż. On bardziej lub mniej cierpliwie zakłada kieszonki i wkłady, i tylko czeka, aż się poddam 😉 (może nie do końca , ale ma nadzieję;-)). Pieluchy potrwają ze dwa lata, a anegdoty o tym, że wymiękłam będą się za mną wlec do końca życia 😉 Tak zatem się wzajemnie motywujemy, on się cieszy, że ja się cieszę, że on zakłada dziecku wielopielo, ja się cieszę, że nasze dyskusje wykiełkowały jego chęciami. I tak, mam odrobinę satysfakcji, że jakoś się to ciągnie, nawet jeśli mijają zaledwie 3 tygodnie wielopieluchowania, nawet jeśli nie jest to akcja w 100% zero śmieciowa i nawet jeśli eko-motywacji czasem pomaga moje ego;-)

Przewijanie

Ha, uśmiecham się kpiąco do siebie samej. Myślałam, że mycie samą wodą wystarczy. U nas nie wystarczy ani mojemu synkowi (kiedy się da, pupa idzie pod kran, ale nie zawsze się da, wtedy używamy linement. Mój Mąż nie ma tez zaufania do mydełek, które zrobiłam dla Stasia, używamy zatem żelu dla niemowlaków ;-).

Do mycia używamy również moich myjek (jest ich z 20, wystarczają na pół dnia…) oraz

bawełnianych kwadracikow. Kupuje je w aptece, worek 500 sztuk z eko-bawełny to wydatek 5€. Używamy od powrotu ze szpitala.

Czuje, że starczy do końca września. Panie, które mieszkają we Francji i wciąż używają krążków do demakijażu kupowanych w marketach 2€/50 sztuk) – te z apteki są dużo tańsze 😉

Karmienie piersią

Niewątpliwie ogromnym plusem karmienia piersią jest mniejsza ilość sprzętu, którym trzeba dysponować, w porównaniu z karmieniam mlekiem modyfikowanym, a przede wszystkim – ograniczona oślica sprzętu, który trzeba ze sobą targać.

Ale w naszym przypadku oznacza to mimo wszystko kilka gadżetów.

Po pierwsze wspomniane w poprzednim bileciku silikonowe nakładki. Mam modele dwóch różnych marek i już wiemy, że mój syn preferuje te z firmy MAM, rozmiar 1 raczej niż firmy Medela (z której mamy laktator „symphony”) .

Wiem również, że koniecznie muszę dokupić jeszcze jeden lub dwa komplety, bo jeśli kiedyś zgubię nakładkę gdy będziemy gdzieś poza domem, to będzie katastrofa. Jedną zawsze noszę w bezpiecznym miejscu, czyli w staniku 🙂 ale… ja już siebie znam.

Po drugie : wypożyczony laktator do którego kupuje się osobiste akcesoria w postaci buteleczki i sprzętów do odciągania i przechowywania mleka z piersi.

Trzecim i czwartym punktem są drobiazgi, dzięki którym lepiej dbam o stan moich piersi : krem z lanoliną, pomadka ochronna z lanoliną, wazelina, oraz … folia spożywcza. Tez już o tym pisałam.. ale się powtórzę. Kiedy na sutki (opłukane ze śliny dziecka, bo w niej są różne substancje i bakterie uczestniczace w trawieniu. Nie od parady 15 lat temu się sterylizowało butelki. Dziś najwyraźniej się tego nie robi – mnie położna i pani od laktatora poradziły myć po prostu sprzęt w płynie do mycia naczyń.

Ta folia spożywcza. Uratowała mi zdrowie, fizyczne i psychiczne. Po karmieniu przyklejam sobie kawałek folii na opłukane i wysuszone sutki, na tę lanolinę i jak dotąd uniknęłam poranionych sutków.

Lekarstwa

Nie uniknelam natomiast drobnej komplikacji – zapchał mi się, kuleczką z tłuszczu, kanalik mlekowy (czy mleczny). Na szczęście położna szybko zareagowała (zadecydowała aby tę białą, bolesną krostę usunąć). Nie obyło się bez kremu znieczulającego i innych produktów. Piszę o tym, bo nie mogę uniknąć wzmianki o lekarstwach.

W mojej łazience i szufladzie z lekarstwami znalazło się nagle dużo nowych tubek, maści, czopków i tabletek.

Plastik jest wszędzie : te małe fiolki „serum fizjologicznego”, do mycia oczek. Mój synek, podobnie jak córka, urodzil się z niedrożnym kanałem łzowym. Ropieje mu jedno oko, bo nieczystości nie spływają przez ten kanalik do nosa kumulują się i mogą doprowadzić do zapalenia spojówki. Przeszłam przez to, u córki skończyło się operacją pod znieczuleniem (miała roczek) i zdecydowanie wole tego uniknąć z synkiem.

Sposobem jest właśnie przemywanie oczu gazą z serum fi (plastik i tony gazy i papieru), masaż kącika oczu oraz zdecydowany zakaz dotykania tego miejsca czymkolwiek a już szczególnie papierowymi chusteczkami.

Co gorsza, nowe lekarstwa są w większości testowane na zwierzętach, lub nawet składniki pochodzą od zwierząt (przykład : mityzol, maść na odparzenia, lub moje tabsy Omega 3 – gapa ja, nie zamówiłam odpowiednio wcześniej wegańskiej wersji i wzięłam co było w aptece…

Strefa intymna.

Znów ukłonił mi brak wyobraźni.

Zaplanowałam sobie używanie podpasek wielorazowych. Ha ha (zaśmiałem się demonicznie na to wspomnienie). Niestety, to co ze mnie wypływa nie jest jedynie krwią. Nawet w najgorszych koszmarach nie podejrzewałam, ze lata moich ćwiczeń mięśni Kegla w tym okresie na nic się nie przysłużą. Niestety, zdarzyła mi się wstydliwą przypadłość nietrzymania moczu, i cieszę się, ze miałam w majtkach te grubaśne podpachy. Od kilku dni mogę znów używać podpasek wielorazowych, ale z utęsknieniem czekam na seanse rehabilitacji krocza, i ufam mojej położnej, że z czasem to wszystko powróci do normy.

Ubrania

Przed przyjściem na świat synka otrzymaliśmy od koleżanek bardzo wiele ubranek po ich dzieciach. To było naprawdę bardzo miłe, i cieszę się, że te śliczne ciuszki, które miały już historię innych szczęśliwych użytkowników, są (lub już były) częścią naszej historii.

Najmniejsze rozmiary zostawiłam już w szpitalu, te ubranka, z których S. już wyrósł (jest w takim rozmiarze między 1 a 3 miesiące) zostawiłam u położnej, która tez współpracuje ze stowarzyszeniami i będzie wiedziała co z nimi zrobić. Zostało mi jeszcze dużo innych, i chętnie się nimi podzielę, jeśli jakaś mama z Lyonu się do mnie zgłosi.

Natomiast o mojej szafie napisze osobno.

Prezenty

Z ogromną radością dzielę się tą informacją. Bardzo jestem wdzięczna moim znajomym, którzy uszanowali naszą (moją?) prośbę o umiar w obdarowaniu nas. Szczególnie doceniam piękne, ręcznie robione prezenty, skarpetki, czapeczki, przytulankę. Moja pasierbica przyniosła nam książkę z CD i kołysankami z różnych stron świata – nieopakowaną 🙂 jak podkreśliła, żeby było mniej śmieci:-) to naprawdę miłe. Lubie tez prezenty praktycznie i estetyczne, od mojej Rodzinki otrzymaliśmy piękną torbę do wózka i kocyk z polskiej firmy La Millou, które poza tym ze są śliczne, sa również wykonane w Polsce, przez lokalną firmę.

***

Patrzę czasem na mojego synka z myślą, że z jednej strony każdy mały człowiek, który pojawia się na świecie w kraju cywilizowanym, jest już od pierwszych chwil zarazem konsumentem i generatorem śmieci, nawet gdy rodzice mocno chcą ten fenomen ograniczyć.

Z drugiej strony – być może, gdybym żyła w czasach sprzed silikonowych nakładek i mleka modyfikowanego (którego używała moja córka), nie mogłabym wykarmić moich dzieci, może nie dane byłoby mi zatrudnienie mamki i w ogóle nie miałabym dostępu do tego wymiaru szczęścia jakim dla mnie jest macierzyństwo..

Nie wiem.

Czasem też pojawia się lekkie poczucie winy, że mogłabym bardziej się uprzeć, postarać, ogarnąć te góry rzeczy, które niewątpliwie ułatwiają życie ale i oznaczają góry odpadów.

Ale zaraz je przeganiam.

To macierzyństwo w ogóle, nie wiem, czy to drugie dziecko czy „stuknięta czterdziestka”, jak na razie charakteryzuje się lekkością i brakiem poczucia winy, brakiem presji i małą ilością sytuacji, w których wyobrażenia odbiegałaby od rzeczywistości.

Mąż robi coś, co nie do końca mi pasuje ? Podstawą mojej dzisiejszej piramidy szczęścia jest radość , że coś robi. Ja i tak będę robić po swojemu. Mieszkanie przypomina składzik ? Trudno. Kiedy synek śpi, najczęściej śpię razem z nim. A później ogarniamy mieszkanie raz na kilka dni, razem z Mężem. Młody jeszcze się nie rozbija po kątach, te kłaki pepperowej sierści tak bardzo mi teraz nie przeszkadzają. Mamy w łazience mały kosz na śmieci, który trzeba opróżniać co dwa dni (a nie jak wcześniej, raz na miesiąc, kiedy dziewczyny miały miesiączkę ?) ? Bof, to naprawdę mały kosz łazienkowy i tak się cieszę, ze tylko co dwa dni.

A i wiem, że z czasem w tym temacie będzie tylko lepiej

Początek Mlecznej Drogii

“Zbiegną się wreszcie tory sieroce naszych dwóch planet”, mojej i karmienia piersią?

Powiedzmy, że jak na razie poruszamy się w dobrym kierunku.

Skoro przeżyłam “pompowanie” na sucho (!)… ja wiem, wszyscy powtarzają, ze tego colostrum nie ma zbyt wiele, kilka kropel… kilka kropel, dosłownie, na cały weekend.

Skoro przeżyłam “montée du lait”, czyli nasz swojski nawał mleczny …

To teraz jeszcze kilkanaście dni “stabilizacji” i będzie Ok.

Chciałabym podzielić się z Wami (tzn osobami zainteresowanymi kp) kilkoma refleksjami z tego okresu. Oto co “miałam”/”mam” do dyspozycji i za co dziękuję:

1. Psiapsiółki, koleżanki i inne Dobre Dusze. No i mój Mąż. Bez Was i Waszego wsparcia, moje Drogie, mój Drogi, pewnie bym wymiękła w tych pierwszych godzinach pompowania, kiedy mały ssał “na pusto”. Płakałam z bólu, ale Wy pocieszałyście, że to tylko zły moment do przetrzymania. Dawałyście dobre rady (testowałam i wciąż je testuję !) i podtrzymywałyście na duchu. Dobro wraca i na pewno do Was wróci ❤️

Jakże ważne jest być otoczoną życzliwymi ludźmi – tak fizycznie ale również odczuwać dobre intencje, troskę i zrozumienie.

Dziękuję.

2. Po każdym przystawieniu do piersi, nakładam na sutki lanoline – może być krem, może być stick do ust (testowałam oba rozwiązania, oba działają) . Może też być po prostu wazelina. Następnie, na sutki przyklejam kawałek przezroczystej folii spożywczej. Ja wiem – to mało zero waste, i o tym wymiarze wczesnego macierzyństwa też napiszę przy okazji pieluszek 🙂

Ale dzięki temu mykowi mam sutki całe i zdrowe, bez ranek. A synek potrafi tak zacisnąć swoje dziąsełka, ze czasem aż krew poleci.

Kiedy nakładamy taką tłustą warstwę ochronną na sutki i na to przyklejamy folię spożywczą, tworzy się coś w rodzaju plastra na odciski. Drogie panie, jeśli miałyście kiedyś zdartą piętę i ratowaliście się grubym plastrem od sholla, to wiecie o czym mówię.

Ps. Ważny detal. Jak może pamiętamy, proces trawienia zaczyna się już w ustach, dzięki ślinie, która tez zawiera swoją florę bakteryjną. Dlatego po karmieniu a przed nałożeniem lanoliny i folii, dobrze jest przemyć piersi lub wilgotną szmatką zetrzeć ślady śliny z sutków.

3. Kiedy mam bardzo dużo pokarmu i napuchnięte boleśnie piersi, a pod ręką nie mam laktatora (wybieramy się do rodziny na kolację, a tu nagle taki przypływ pokarmu) – można wleźć rodzinie pod gorący prysznic, zrozumieją. Ale łatwiej jest poprosić o szklankę bardzo cieplej wody i zamknąć się w łazience na kilka minut.

Zanurzamy pierś, a raczej jej kawałek 😉 w szklance, tak, by się nieco zassała. Następnie delikatnie masujemy pierś. Mleko wypływa bardzo bezbolesnie i szybko, pierś się rozluźnia a my z uśmiechem możemy wrócić do stołu dokończyć deser;-)

Ten biały osad na dnie szklanki to właśnie mleko

4. Laktator. Jakże jestem wdzięczna francuskiemu systemowi, w którym można sobie laktator elektryczny po prostu wypożyczyć “na okres karmienia piersią”. Kosztuje to 12,90€ na tydzień i zwracane jest w 100% przez Securité Sociale. Przytulałam się do. Iego często pierwszego dnia, teraz coraz rzadziej, 2 razy dziennie, po 5-10 min, ot, żeby podtrzymać poziom laktacji, gdy dłużej śpi, żeby sobie odciągnąć na zapas trochę pokarmu itp.

5. Pojemnik do robienia kostek lodu. To tu wlewam te kilka kropel mleka, które sobie odciągam. Mrożę je w tym zamkniętym pojemniku, a później wsypuję do woreczka strunowego. Można następnie rozmrozić dokładnie takie ilości, jakich potrzebujemy. Mieszamy też mleko o rożnej kompozycji, bo ściągnięte rano lub wieczorem, po zjedzeniu buraczków lub szpinaku 😉

View this post on Instagram

Taka podpowiedź dla karmiących matek. Jeśli korzystacie z laktatora, żeby uregulować nieco napięcie w piersiach, i mrozicie mleko : może Wam się przyda taki myk 🙂 Do mrożenia mleka używam foremek do kostek lodów. Odciagam 2 x dziennie małe ilości, na koniec karmienia, lub między karmieniami. Przelewam to do foremki – ta, którą mam jest idealna : wlewam przez dziurkę w wieczku, przechylam, by spłynęło do niższych kompartymentów, zamykam wieczko i do zamrażalnika. Później przesypuje te mleczne kostki lodów do woreczka strunowego. Ładnie się mieszają, te mleczka z porannego i wieczornego karmienia, o różnych kompozycjach i wartościach, bo przecież jem ciagle coś nowego. No i to dość praktyczne, bo mogę rozmrozić dokładnie takie ilości, jak trzeba (a nie cały woreczek na przykład 😉) #kp #karmieniepiersią #myk #breastfeeding #allaitement #jakmrozićmleko #mlecznekostkilodu #podpowiedź #tipsdlakarmiącychmatek

A post shared by Baba Joga (@chatkababyjogi) on

6. Nakładka silikonowa. Naprawdę jej nie chciałam. Popłakałam się nawet, ze muszę jej używać. Bo wpadła mi do głowy myśl, ze oto jakbym była “gorszego sortu”. Czterdzieści lat na karku i takie bzdury w głowie. Zrzucam to na hormony. Przejdę do rzeczy. Moje nawet nie płaskie – wklęsłe ! – sutki nie reagują na stymulację. Wychylają się jakies pół centymetra i koniec.

Zatem : od początku używamy nakładek i z każdym dniem widzę, ze jedyną niedogodnością jest posiadanie zawsze przy sobie jednej nakładki, żeby można było to dziecię nakarmić.

Zdarzyło mi się pojechać na pogotowie z moją nastolatką. Spędziliśmy tam 3 godziny. Mąż z synkiem zostali w domu i siłą rzeczy trzeba było sięgnąć do zamrożonych rezerw. I wiecie co? Chyba wszyscy byliśmy zadowoleni. Córka – bo odkleiła się od S. dla niej. Mąż, bo podobało mu się podanie butelki synkowi. Stasiu, bo najwyraźniej nie dostrzegł różnicy : tu silikon i tu silikon, i kiedy wróciłam, bez ceregieli wssał się w pierś. No i ja : bo to wszystko się kręci w pewnego rodzaju ekosystemie, bo nie mam odpowiedzialności wyłącznej i możemy, w razie potrzeby, bezboleśnie poradzić sobie inaczej.

Moje piersi spełniają swoją funkcję, produkują mleczko w ilości wystarczającej do karmienia mojego synka (ładnie przybiera na wadze, już w dziesiątym dniu przekroczył wagę urodzeniową) i o to tak naprawdę przecież mi chodziło.

No właśnie.

Pierwszej nocy, jeszcze w szpitalu, gdy Mąż poszedł już do domu a ja wpatrywałam się w ten nasz mały cud, stanęła mi przed oczami piramidka. Piramidka hierarchii. O co chodzi w tym macierzyństwie? O co chodzi tym razem? No i powiedzmy, że piramidek ukazało mi się więcej, ale każda odnosiła się do innego okresu życia tego naszego cudu. Mentalnie zasłoniłam wszystkie, które nie wiązały się z codziennością, z tu i teraz. I na szczycie tej, która się ostała było Zdrowie. Pod nim : Harmonijna Rodzina. Niżej jeszcze : Karmienie Piersią. A dopiero pod tym chmurka wartości, które są mi szczególnie bliskie: wychowanie w poszanowaniu natury i trosce o środowisko (w tym cały rozdział o zero waste), mój weganizm i hipotetyczne problemy związane z żywieniem moim i brzdąca, czy uda mi się nauczyć go języka polskiego? I inne takie historie, jak widzicie, odbiegające od uniwersaliów, którymi są Zdrowie i Harmonia w rodzinie.

Kiedy usiądę i przeanalizuję moje poczucie klęski, stare sprzed piętnastu lat, widzę tu jakiś kompleks Madonny. Między innymi, oczywiście. No nie udało mi się karmić córki (dziś już wiem, że to był ten sam problem sutków…) ale przecież odciągałam swoje mleko, jak dojna krowa, elektrycznym laktatroem przez 4 miesiące ! Przecież znów chodziło o to samo : dostarczyć dziecku, w miarę możliwości, jak najwiecej tych elementów, które posiada mleko matki.

A czy dziecko ssie instynktownie, czy potrzebuje gadżetów w postaci silikonowych nakładek lub laktatora do odciągania mleka? Cóż. Robię dokładnie tyle co mogę. I tym razem nie daję się wciągnąć w pułapkę poczucia winy, poczucia bycia “gorszą matką” bo “co to za matka, co nie potrafi” czegoś tam…

I nawet gdybym nie mogła znów karmić piersią i poddawałabym mleko modyfikowane – to poczucie winy zostawiłabym i tak za drzwiami. Bo czym w perspektywie życia jest epizod pod tytułem “kp” czy “mm”?

Ach. Na koniec : dziewczyny na wegańskiej diecie. Nie bójcie się. Jeśli przez cała ciążę komponowałyście ładnie posiłki, brałyście B12 i Omega3 (ewentualnie żelazo, magnez i vit C w bonusie) – możecie podziękować za troskę wszystkim “życzliwym”, którzy Wam powiedzą : ty egoistko, myślisz o sobie a nie o zdrowiu dziecka, zjadłabyś kotleta i dała “aminokwasow/białka zwierzęcego/coś tam”. Pewnie ze możecie, jeśli macie na to ochotę.

Po tym co jadłam w szpitalu jestem już na zawsze przekonana, że dieta matki karmiącej nie istnieje (to były jakieś porcje głodowe…) .

Teraz zdarzają się dni, gdy mam wrażenie, ze mleka jest mniej, gdy synek je częściej i dłużej, a mnie w głowie włączają się głupie myśli, że zaraz nie będę miała w piersiach nic.

Nie wiem. Być może tak się stanie. Ale póki co – po prostu cieszę się tym, co jest.

Wspomnienia z pobytu w szpitalu Croix Rousse

A wszystko zaczęło się w chwili, kiedy otrzymałam od Męża esa o treści :
“Tu są te twoje dziury w ścianach, nawet zainstalowałem haczyki”.


Bo prosiłam go od tygodni, ba, wierciłam mu dziurę w brzuchu, żeby je wywiercił w pokoju Stasia, bo chce zamontować karuzelę Munari nad miejscem do zabawy.

Zostałam przyjęta do szpitala publicznego na Croix Rousse w czwartek wieczorem, po wizycie, na której zasygnalizowałam, że mniej czuję ruchy dziecka.

Kiedy w piątek rano przeczytałam, że oto są te moje dziury, poczułam pierwsze konkretne skurcze. A przecież pani położna, która mi aplikowała 30 minut wcześniej żel z prostaglandynami (dzięki ag za sprecyzowanie :)) zapowiedziała, że za 2 godziny popatrzymy jak się sytuacja rozwija.
Tymczasem rozwinęła się tak, że nagle przyszło do pokoju więcej osób popatrzeć na parabole , ponoć były książkowe, a kiedy tylko Mąż dotarł do szpitala, znaleziono nam salę porodową dwa piętra wyżej.

Tam przyszła ekipa znieczuleniowców i wyprosili z sali Męża. Ekipa to pani pielęgniarka i anestezjolog-stażysta. I tak sobie przy mnie rozmawiają, „że nie rozumiem dlaczego Martine nie pozwala stażystom robić peridurale, przecież jakoś kiedyś musicie się nauczyć”. Pięknie myślę sobie, proszę, można uczyć się na mnie. “Proszę pani, podczas trwania skurczy nie możemy kłuć, więc proszę mówić kiedy nie ma skurczy”. Nie wiem, chyba teraz nie ma, pan wyciąga te igłę, ja odwracam wzrok, znowu nadciąga ból… i tak „zastrzyk w kręgosłup” robił mi na raty ( bo skurcze były praktycznie jeden za drugim) pan, który sobie żartował : „proszę korzystać z ostatnich momentów bólu”.
Między sobą rozmawiali o szpitalnych ploteczkach „ my tak sobie tu obmawiamy kolegów, ale pamiętamy o pani, proszę się nie przejmować”.
W odpowiedzi usłyszeli mało grzeczne „ je m’en fous”.

Po znieczuleniu faktycznie przestałam odczuwać ból. Mąż wrócił do sali, siedział i komentował monitoring : “ooo, tu masz taki potężny skurcz teraz, o trwa skubany, o następny …”. Czym mnie widocznie znudził bo zasnęłam. Czasem słyszałam “maszynę, która robi ping” , Męża który się pyta “czy to normalne, że ona śpi”. Spałam tak sobie aż obudził mnie the skurcz. To kłamca z tego stażysty, pomyślałam i zgodnie z zaleceniami (jeśli boli to proszę dzwonić) wezwałam położną. Zajrzała mi między nogi, zawołała koleżankę, rozstawiła stół i 13 minut później Staś był już po naszej stronie świata.
Byliśmy w szoku, ze tak szybko. Przygotowałam się na godzinę – dwie parcia.
A tu bum. Położna mnie pochwaliła : No naprawdę dobrze pani parła !

Bo skorzystałam z tipsów od mojej położnej “z miasta” :

  • podczas skurczy buczałam sobie (bo żadnym śpiewem przedporodowym, bądźmy szczerzy, tego nazwać nie można) mmmm, baaaaa itd
  • Kiedy położna mówi : “przyj”, to przyj jakbyś chciała zrobić dwójeczkę, a dodatkowo podbródek do piersi, wstrzymaj na początku powietrze i “wciagnij” górę brzucha. To może skomplikowanie brzmi ale w moim przypadku było dość skuteczne.
  • Zapomnij o wstydzie (znów dwójeczka,jesli wiesz o czym mowie… Położne nie takie rzeczy widziały…)

Stasiu wyszedł tak szybko, ze chyba nawet on był zdziwiony.
Oczywiście ze się popłakałam. Ze szczęścia. Trochę z żalu? że to już?
Był taki moment, że zsiniały zwisał z ramion położnej, była cisza zamiast krzyku a ja zamarłam. Wynieśli go z sali, ja wydalałam łożysko a położna mi mówiła : słyszy pani? To pani syn krzyczy. Odessano mu te zalegające gluty i już było dobrze.

Kiedy byłam już zszyta, Stasiu znalazł się przy mojej piersi.
I tu zonk. Położna spojrzała na moje piersi i przyniosła silikonową nakładkę.
Ale ja nie chcę tego (w sensie – chce naturalnie, przecież !)
Położna spokojnie : sugeruję żeby zacząć z nakładką.
Mąż, mniej spokojnie : bierz tę nakładkę !

Miałam na tyle przytomności umysłu, żeby posłuchać męża i położnej.
I bardzo Mężowi dziękuje za to, źe naciskał bo dzięki temu zaczęła się nasza – Stasiowa i moja – droga mleczna, o której też Wam napiszę

Po niecałych dwóch godzinach zabrano nas do naszego pokoju. Był niezły tłok na porodówce i ze tak powiem, trzeba było zrobić miejsce dla następnej rodzącej.

Miałam dużo szczęścia bo był wolny pokój jednoosobowy. Większość jest jedynek, ale kiedy porodówka jest przepełniona, można trafić na dwójki.
W porównaniu z moimi wspomnieniami sprzed 15 lat, nie rodziłam wówczas w szpitalu St Luc-St Joseph, ale raczej w hotelu pięciogwiazdkowym. Na oddziale Maternité B szpitala Croix Rousse nie bylo luksusów na przykład w postaci klimy, ale i tak było bardzo komfortowo.

Pokoik

Łazienka

Mini-łazienka do przebierania dziecka

Ale przede wszystkim, prawdziwym skarbem tego szpitala jest jego personel. Oczywiście, jest to duży szpital i ekipy są raczej liczne, zdarzyły się dwie czy trzy osoby bardziej zmęczone lub mniej profesjonalne, ale ogólnie jestem pod dużym wrażeniem.
Panie były po prostu kochane, bardzo wyrozumiałe i uśmiechnięte. I znów, każda miała swoje zdanie dotyczące karmienia, wiec sobie brałam te rady i odkładałam do szufladki “kp” a robiłam tak jak w danym momencie czułam. Panie były bardzo zabiegane (podobnie chyba jak w Polsce, kładzie sie duży nacisk na rentowność szpitali i robi cięcia personalne. Do tego trwa w Lyonie pelnia sezonu urlopowego…). Panie prosiły, żeby w razie potrzeby zadzwonić pod konkretny numer raczej niż naciskać przycisk “urgence”, bo ten drugi jest zarezerwowany na prawdziwe wypadki. Ponoć sie zdarzają, 3-4 razy w miesiącu, gdy na przykład zmęczona mama zaśnie z noworodkiem na szpitalnym łóżku, a ten jej wypadnie z ramion.

W nocy pielegniarka i położna przychodzily na wizyty kontrolne (mierzyły Stasiowi temperaturę),a robiły to bardzo dyskretnie, czasem nawet sie nie budziłam. Pierwszej nocy zapytały mnie czy chce, by go zabrały na kilka godzin, do kolejnego karmienia. Kiedy im powiedziałam, ze boje sie, ze bedzie plakal i że dadzą mu mleko modyfikowane, spojrzały na mnie jak na wariatke : “przeciez nie dokarmiamy dzieci a już szczególnie bez wyraźnej prośby ze strony rodziców lub gdy dziecko ma jakiś problem… “Ich przyjemny sposób bycia naprawde umilil mi pobyt w szpitalu.

Kąpiel noworodków zalecana jest (teraz) raz na dwa dni, my w sumie zrobiliśmy ja tylko raz w szpitalu.

Jestem bardzo wdzięczna moim znajomym , którzy wbrew francuskim obyczajom, uszanowali moja prosbe i nie przyszli z wizyta do szpitala.
Ja w ogóle nie rozumiem, po co ludzie przychodzą w odwiedziny na porodówkę. Do szpitala, gdy ktoś jest chory – to inna sprawa. Ale tu ? Matki leża z krwawiącym kroczem, z obolałymi piersiami, ledwo sie ruszają bo szwy lub hemoroidy, co jakiś czas wpada położna lub pielęgniarka obczaić co z tobą lub dzieckiem – a tu ciągle wycieczka.

Do nas przyszli tylko Teściowie, późnym popołudniem, na kwadrans, i moja pasierbica (która bardzo miło zareagowała na Stasia).

Spędziliśmy dzięki temu, jeśli mozna tak powiedziec, trzy piękne dni w tym szpitalnym pokoju. Mogłam dużo pospać i naprawde – relatywnie- dużo odpocząć. Maz czuwal nade mna i Stasiem.

I to jest ta kolejna niespodzianka dla mnie. Mój Mąż pokazał mi zupełnie nieznane dotąd oblicze siebie. Bez mrugnięcia okiem biegał robić malutkie zakupy (a to do apteki po nakładki silikonowe na sutki, a to po krem z lanolina, a to po pizze). Na punkcie Stasia zupełnie oszalał, nie wypuszczał go z ramion, chodził go przebierać itp. (i ten stan trwa do dzisiaj)
Przychodził rano o 9h i wychodził wieczorem koło 23h, siedział z nami, nawet kiedy nie było absolutnie nic do robienia, a wiem, jakie to dla niego bylo ciężkie, nie pracować 😉

Wyszliśmy ze szpitala w poniedzialek po poludniu. W szpitalu jest jeden pediatra na 3 oddziały porodówki, w niedziele nie ma wyjsc, wiec w poniedzialek wypuszczano 25 noworodków i powoli dochodziłam do granic cierpliwości.

Tego dnia założyliśmy Stasiowi ubranko po jego tacie (kaftanik, wiązany na plecach) i patrzyliśmy z jaką czułością i wprawą troszke starsza pani położna mu je wiązała. Nagle powiedziała : “Takich ubranek juz się dziś nie robi. A popularne dzisiaj body ma we Francji dokładnie 28 lat. Bo kiedy moja córka sie urodziła, to moja położna jej ofiarowała taką nowość w prezencie…”

Pobyt w tym szpitalu będę wspominała bardzo mile. Mam dużo szacunku dla kobiet, które decydują się na poród w domu, na pewno to piękne wydarzenie. Ja jednak cieszę się, ze mogłam przeżyć ten poród w takich warunkach i atmosferze, które pozostawiają tak pozytywne wrażenia.

Wczoraj poszliśmy na spacer po mieście szukać jakiegoś symbolicznego prezentu. Kupilismy 3 pudelka “macaron” – (to sa takie pyszne ciasteczka, z których ponoć Francja słynie). Pojechałam później do szpitala, zostawiłam 2 pudełka dla pań z dziennej i nocnej zmiany a trzecie pudełko było dla położnej, która przyjmowala moj porod.

A teraz najlepsze : moja położna “z miasta” pojechała na urlop. Przysłała mi dziś na wizytę w domu (Prado , cos w rodzaju wizyty położnej środowiskowej) zastępcę. Wchodzi zatem pani i mówi po chwili: bardzo sie cieszę, że panią widzę, bo to ja przyjmowałam w szpitalu poród pani synka!.
Wiecie, mieszkam w dużym mieście, położnych tzw liberale jest u nas bez liku. A tu taka piękna niespodzianka…

To prawie bajkowy koniec tej opowiastki, zamknęła sie klamra tego pierwszego tygodnia Razem.

Napisałam ostatnio na stronie Chatki : jestem przeszczęśliwa i chętnie na tej chmurce szczęścia, mimo potwornego zmęczenia i bólu (ciagle coś boli;-)) sobie jeszcze posiedzę.